sobota, 11 listopada 2017

Pochwała (nie)codzienności, czyli o zmaganiach z "Siłą niższą"

Pamiętam, jak na początku mojej, nazwijmy to kariery blogerskiej, TwarzoKsiążka stanowiła dla mnie główne źródło informacji, działające na zasadzie poczty pantoflowej. Znajomy kogoś dowiedział się od innego człowieka, że jest coś, czym warto się podzielić z innymi. Tak natknęłam się na profil Marty Kisiel i cudne opowieści "ałtorki" o kiślach, mackach i różowych "kłulikach", które z kolei pchnęły mnie do przeczytania "Nomen Omen" i "Dożywocia". Obiema powieściami zachłysnęłam się i z radością motywowałam wszystkich do przeczytania. Kiedy więc pojawiła się możliwość jechania na Krakowskie Targi Książki, spotkania "ałtorki", a także zdobycia najnowszej książki - "Siły Niższej" - i, mało tego, dograłam wszystkie weekedny w pracy na moją korzyść, pojechałam. Dobrze liczycie. To było rok temu. Tytuł ten musiał odczekać swoje. Remonty, mieszkanie, praca, dom, rzeczy, recenzje na cito... wiecie jak to jest. Każdy czytacz ma chyba swój Stosik Wstydu. Jednak pewnego pięknego dnia (który wcale się na takowy nie zapowiadał) sięgnęłam w końcu po książkę z wikingiem w fioletowej sukience na okładce.
Może nie mam różowego królika, ale biała alpaka też się nada.

niedziela, 5 listopada 2017

Krucze pieśni pełne baśni, czyli słów kilka o książce Pawła Lacha

Lubię czytać polskich autorów. Naprawdę dużo przyjemności daje mi zagłębianie się w lektury, które oprócz warstwy fabularnej, przemycają motywy z dobrze znanej mi rzeczywistości. Nic też tak nie doprowadza mnie to szału, jak ludzie nie czytający polskiej prozy z zasady i przekonania, że i tak jest gorsza. Wystarczy wziąć cokolwiek z mojej półki (czy jakiejkolwiek półki z polską fantastyką), by przekonać się, jak bardzo mylnym jest to założenie. Miło też utwierdzać się we własnej racji za każdym razem, gdy w ręce trafia książka debiutanta. Choć akurat określenie to nie bardzo pasuje mi do Pawła Lacha, który publikował już swoje opowiadania w różnych magazynach fantastycznych. Precyzyjniejsze wydaje się mówienie o decyzji na powieściowe zaistnienie. Czy w "Pieśni o Kruku" spełnia się jako twórca dłuższej formy literackiej?
Wieczór z herbatą i niemal baśniową książką jako idealny odpoczynek po tygodniu pełnym wrażeń.

niedziela, 29 października 2017

Fantastycznie chłodna prasówka - NF 11/2017

Poranek w dzień wolny od pracy zarobkowej działa na mnie niezwykle motywująco. Okazuje się, że nagle na wszystko jest czas. Na niespieszne wypicie kawy i zrobienie pożywnego śniadania. Na nastawienie prania i umycie naczyń zalegających w zlewie. Koci żwirek niemal sam się wymienia i ani się obejrzę, a kwiatki są już podlane. Magia. Wypełniona poczuciem dobrze spełnionego obowiązku z niemałą przyjemnością zasiadam przed klawiaturę, pozbawiona tej odurzającej chęci odmóżdżenia się i wykasowania wszystkich ludzkich problemów, o jakich usłyszałam w pracy. Dzień wolny, nieważne jak pochmurny, deszczowy, zimny czy ponury, napawa mnie optymizmem. Dodaje siły na tworzenie zdań zgrabnych, niewymuszonych, swobodnie spływających przez palce na ekran komputera. Wówczas czuję, że pisanie nie wymaga ode mnie usilności, a jedynie chęci. W taki dzień właśnie najprzyjemniej tworzy się recenzje, choć, ze względu na dobre nastawienie, opiniowane tytuły mają ciut. A może się mylę? Wszak czytanie odbywa się w zupełnie innych warunkach, a to ono wyrabia całe zdanie czytelnika. Jak mi to wyszło w przypadku najnowszego numeru Nowej Fantastyki? No cóż. Przeczytajcie sami.
Numer przetyrany przez noszenie w torebce i czytanie w każdym możliwym miejscu, gdzie tylko była na to chwila.

środa, 25 października 2017

O magii w nauce, czyli opowieść o "Czarownicy znad Kałuży"

Muszę przyznać, że mimo popularności "Metra", a także wszelkich trupochodzących wizji dnia jutrzejszego, nie jestem fanką postapokaliptycznej stylistyki książek czy filmów. Ogólnie nie mogę pojąć, w którym momencie rozwój świata poszedł nie tak jak trzeba, iż zamiast wieszczyć nowe technologie pomagające w eksploracji kosmosu, spodziewamy się niemal rychłej zagłady ludzkości. Co z tego, że fantaści i członkowie fandomu znają sposoby na przetrwanie niemal każdej możliwej apokalipsy. Nieco to depresyjne, że patrząc w gwiazdy nie widzimy przestrzeni pełnej eksploracyjnych przygód, a zagrożenie, któremu prędzej czy później przyjdzie nam stawić czoła. Jednakże czasem zdarzy się, iż powieść zamiast wróżyć postępującą degenerację, ukaże szansę na odrobinę normalności, chociaż na mniejszą skalę. I, trzeba się przyznać bez bicia, tym właśnie zaskoczyła mnie najnowsza powieść Artura Olchowego.
Muszę przyznać, że minimalistyczna okładka "Czarownicy..." wyjątkowo przypadła mi do gustu.

niedziela, 8 października 2017

Fantastycznie chłodna prasówka - NF 10/2017

Bardzo dawno temu, kiedy byłam początkującą fantastką nałogowo odwiedzającą bibliotekę, bo rzadko mogłam sobie pozwolić na kupno książek, z masochistyczną niemal przyjemnością odwiedzałam jedną z kieleckich księgarni. Z internetem różnie wtedy bywało, więc stanowiło to dla mnie najpewniejszy sposób sprawdzenia jakie to nowości pojawiły się na rynku i czego ewentualnie można szukać po wypożyczalniach (lub truć panie bibliotekarki). Pewnego, bliżej nieokreślonego dnia, w owej księgarni przy półce z jedynym słusznym interesującym mnie gatunkiem, znalazła się skrzyneczka z gazetami za złotówkę. Zgromadzone w niej numery były stare, by nie rzec wiekowe w pojęciu mojej wówczas smarkatej duszy, ale stanowiły nie lada skarb. Gdy grzebałam w skrzynce, nie mogąc się zdecydować, co zabrać ze sobą do domu, oczy świeciły mi się ze szczęścia, a ręce drżały z podniecenia. Dziś pewnie podeszłabym do sprawy bardziej rzeczowo, ale wówczas, gdy marzenia o własnym grafomańskim sukcesie i wysokie mniemanie o własnym talencie przesłaniało mi oczy, te stare numery Nowej Fantastyki stanowiły dla mnie kopalnie inspiracji i szkołę "starych mistrzów", jak bezrefleksyjnie określałam tam piszących. Na bogów, jaka ja kiedyś durna byłam.
To już wiek średni, choć nie wygląda

niedziela, 24 września 2017

O mocy zapomnianego szczegółu, czyli "Komandoria 54"

Astronomiczna jesień za oknem wita nas deszczem, zimnem i wszechobecną ponurością. Od mniej więcej tygodnia mam wrażenie, że tę Złotą Polską ujrzę tylko w wystroju bloga, ale hej (!) wbrew nazwisku za temperatury nie odpowiadam. Mimo przygnębiającej aury Mróz czuje się jednak wyjątkowo dobrze. W filiżance paruje ciepła herbatka, w śniadaniu zrządzeniem dobrych bogów zawitała dawno niewidziana sałata, a remont ma się tak bardzo ku końcowi, że po niedzieli mają pojawić się nowe meble. Zatem żyć, nie umierać i w końcu pisać dopóki komputer, internet lub nadgarstki nie wyzioną ducha. Och jakże mi tego brakowało. Tym samym odkurzyłam stosik książek czekających na zrecenzowanie, w wyniku dziwnego zbiegu okoliczności przeczytanych już dawno temu, rzuciłam okiem na spreparowane wówczas notatki i zabrałam się do roboty. Z niektórych rzeczy człowiek zwyczajnie nie potrafi zrezygnować.
Herbatka, kawka, cappuccino.. nieważne. Ważne żeby było ciepłe i pełne szczęścia.

środa, 20 września 2017

Fantastycznie chłodna prasówka - Fantom Nr 2/2017

Powiem Wam, że recenzencko tytuły układają się w niepokojący sposób. Muszę przyznać, że ostatnimi czasy czytam jak opętana, co ciekawsze książki połykając nawet w dwa dni. Gorzej z pisaniem. W kolejce na zaopiniowanie czekają już co najmniej trzy pozycje, a kolejnych "must review" zwyczajnie nie ruszam, ponieważ wrażenie zwyczajnie mi się pomieszają. Ma to też swoją niewątpliwą zaletę, gdyż w końcu udało mi się przeczytać jakieś tytuły tak bardziej dla czystej frajdy. Nie powiem, przyjemna odmiana, jednakowoż trzeba by się w końcu wziąć co jakiejś konkretnej roboty. Tym samym dziś na tapetę wędruje drugi numer magazynu Fantom. Nie piszę "najnowszy", ponieważ mamy wrzesień, a ja stopniowo przymierzam się do zakupu numeru trzeciego, który mam zamiar zrecenzować jeszcze w tym roku. 
Kawa wypita, zmrok zapada szybciej niż bym chciała, więc pora na pisanie.