poniedziałek, 18 grudnia 2017

Fantastycznie chłodna prasówka - Fantom nr 3/2017

Grudzień w pełni, przygotowania do świąt ruszają pełną parą, a Mróz zamiast siedzieć i lepić uszka, przerzuca kolejne strony i chłonie wszystko, co nie jest wypocinami początkujących autorów. Nie zrozumcie mnie źle, wśród tych fantazmatycznych tekstów było kilka naprawdę dobrych opowiadań, ale... Ale nie wszystkie takie były. Człowiek wówczas aż rwał się do czytania czegoś innego. Ba, nawet samą fantastykę trzeba było odstawić na trochę. Ale po krótkim detoksie "Historią pszczół" od Hadynki, poczułam się znacznie lepiej. Dzięki temu teraz zwarta i gotowa mogę zabrać się do zaległej pracy. Choć ciężko nazywać pracą coś, co sprawia mi aż taką frajdę.
Zdjęcie całej okładki gdzieś już u mnie było, więc pozwoliłam sobie teraz wyszczególnić temat.

niedziela, 10 grudnia 2017

Fantastycznie chłodna prasówka - NF 12/2017

Na nadejście grudnia Łódź przygotowała się pięknie. Całonocne opady śniegu wraz z nadejściem poranka zamieniły się w cudnej urody błoto, kałuże i bliżej nieokreślone bure coś, na co pewnie Eskimosi mają własną nazwę. Jedak na jeden wieczór magia białego puchu i zimowego zmierzchu sprawiła, że w powietrzu byłam w stanie poczuć nadchodzące święta. Trochę niknącego opadu atmosferycznego stworzyło więcej klimatu, niż najpiękniejsze ozdoby w marketach i najbardziej bożonarodzeniowe reklamy, pojawiające się w telewizji już w listopadzie. Lubię gwiazdkowe nawiązania, ale z wyczuciem, którego marketingowcom zdaje się brakować. Z kolei w przypadku fantastów sprawa wydaje się wyglądać zupełnie na odwrót, jakby temat Bożego Narodzenia i jego magii nie wchodził do kanonu. Czasami wydaje mi się, że jest on w grudniu tak bardzo eksploatowany, że dla fantastów zwyczajnie go nie starcza. A może przez jeden miesiąc w roku wszyscy jesteśmy miłośnikami fantastyki?
Kot na zdjęciu daje +100 do atrakcyjności.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Fantastycznie chłodna prasówka - Smokopolitan nr 9

To jeden z tych tekstów, które zbyt długo czekały na swoją kolej. Najpierw z własnego gapiostwa nie mogłam się dostać w łapki papierowego wydania. Oczywiście mogłam przeczytać wersję elektroniczną, ale mój fetysz papierowy był chyba silniejszy. Potem z pośpiechu zostawiłam magazyn w aptece by koniec końców stwierdzić, że potrzebuję napisać coś innego. Trzeba przyznać, że recenzją "Siły niższej" po prostu chciałam się z Wami podzielić, tak można się dzielić czymś niewyobrażalnie smacznym. Dziś jednak mam dla Was coś równie dobrego, bo w końcu udało mi się na spokojnie zasiąść do pisania (oczywiście gdzieś między praniem, a pieczeniem karczku). Co prawda odrobina zmęczenia po całym tygodniu mnie już nieco ogarnia, ale coś tam się jeszcze wyskrobię.
Podziwiajcie zdjęcia pierwszy raz nie robione mydelniczką.

sobota, 11 listopada 2017

Pochwała (nie)codzienności, czyli o zmaganiach z "Siłą niższą"

Pamiętam, jak na początku mojej, nazwijmy to kariery blogerskiej, TwarzoKsiążka stanowiła dla mnie główne źródło informacji, działające na zasadzie poczty pantoflowej. Znajomy kogoś dowiedział się od innego człowieka, że jest coś, czym warto się podzielić z innymi. Tak natknęłam się na profil Marty Kisiel i cudne opowieści "ałtorki" o kiślach, mackach i różowych "kłulikach", które z kolei pchnęły mnie do przeczytania "Nomen Omen" i "Dożywocia". Obiema powieściami zachłysnęłam się i z radością motywowałam wszystkich do przeczytania. Kiedy więc pojawiła się możliwość jechania na Krakowskie Targi Książki, spotkania "ałtorki", a także zdobycia najnowszej książki - "Siły Niższej" - i, mało tego, dograłam wszystkie weekedny w pracy na moją korzyść, pojechałam. Dobrze liczycie. To było rok temu. Tytuł ten musiał odczekać swoje. Remonty, mieszkanie, praca, dom, rzeczy, recenzje na cito... wiecie jak to jest. Każdy czytacz ma chyba swój Stosik Wstydu. Jednak pewnego pięknego dnia (który wcale się na takowy nie zapowiadał) sięgnęłam w końcu po książkę z wikingiem w fioletowej sukience na okładce.
Może nie mam różowego królika, ale biała alpaka też się nada.

niedziela, 5 listopada 2017

Krucze pieśni pełne baśni, czyli słów kilka o książce Pawła Lacha

Lubię czytać polskich autorów. Naprawdę dużo przyjemności daje mi zagłębianie się w lektury, które oprócz warstwy fabularnej, przemycają motywy z dobrze znanej mi rzeczywistości. Nic też tak nie doprowadza mnie to szału, jak ludzie nie czytający polskiej prozy z zasady i przekonania, że i tak jest gorsza. Wystarczy wziąć cokolwiek z mojej półki (czy jakiejkolwiek półki z polską fantastyką), by przekonać się, jak bardzo mylnym jest to założenie. Miło też utwierdzać się we własnej racji za każdym razem, gdy w ręce trafia książka debiutanta. Choć akurat określenie to nie bardzo pasuje mi do Pawła Lacha, który publikował już swoje opowiadania w różnych magazynach fantastycznych. Precyzyjniejsze wydaje się mówienie o decyzji na powieściowe zaistnienie. Czy w "Pieśni o Kruku" spełnia się jako twórca dłuższej formy literackiej?
Wieczór z herbatą i niemal baśniową książką jako idealny odpoczynek po tygodniu pełnym wrażeń.

niedziela, 29 października 2017

Fantastycznie chłodna prasówka - NF 11/2017

Poranek w dzień wolny od pracy zarobkowej działa na mnie niezwykle motywująco. Okazuje się, że nagle na wszystko jest czas. Na niespieszne wypicie kawy i zrobienie pożywnego śniadania. Na nastawienie prania i umycie naczyń zalegających w zlewie. Koci żwirek niemal sam się wymienia i ani się obejrzę, a kwiatki są już podlane. Magia. Wypełniona poczuciem dobrze spełnionego obowiązku z niemałą przyjemnością zasiadam przed klawiaturę, pozbawiona tej odurzającej chęci odmóżdżenia się i wykasowania wszystkich ludzkich problemów, o jakich usłyszałam w pracy. Dzień wolny, nieważne jak pochmurny, deszczowy, zimny czy ponury, napawa mnie optymizmem. Dodaje siły na tworzenie zdań zgrabnych, niewymuszonych, swobodnie spływających przez palce na ekran komputera. Wówczas czuję, że pisanie nie wymaga ode mnie usilności, a jedynie chęci. W taki dzień właśnie najprzyjemniej tworzy się recenzje, choć, ze względu na dobre nastawienie, opiniowane tytuły mają ciut. A może się mylę? Wszak czytanie odbywa się w zupełnie innych warunkach, a to ono wyrabia całe zdanie czytelnika. Jak mi to wyszło w przypadku najnowszego numeru Nowej Fantastyki? No cóż. Przeczytajcie sami.
Numer przetyrany przez noszenie w torebce i czytanie w każdym możliwym miejscu, gdzie tylko była na to chwila.

środa, 25 października 2017

O magii w nauce, czyli opowieść o "Czarownicy znad Kałuży"

Muszę przyznać, że mimo popularności "Metra", a także wszelkich trupochodzących wizji dnia jutrzejszego, nie jestem fanką postapokaliptycznej stylistyki książek czy filmów. Ogólnie nie mogę pojąć, w którym momencie rozwój świata poszedł nie tak jak trzeba, iż zamiast wieszczyć nowe technologie pomagające w eksploracji kosmosu, spodziewamy się niemal rychłej zagłady ludzkości. Co z tego, że fantaści i członkowie fandomu znają sposoby na przetrwanie niemal każdej możliwej apokalipsy. Nieco to depresyjne, że patrząc w gwiazdy nie widzimy przestrzeni pełnej eksploracyjnych przygód, a zagrożenie, któremu prędzej czy później przyjdzie nam stawić czoła. Jednakże czasem zdarzy się, iż powieść zamiast wróżyć postępującą degenerację, ukaże szansę na odrobinę normalności, chociaż na mniejszą skalę. I, trzeba się przyznać bez bicia, tym właśnie zaskoczyła mnie najnowsza powieść Artura Olchowego.
Muszę przyznać, że minimalistyczna okładka "Czarownicy..." wyjątkowo przypadła mi do gustu.