piątek, 24 marca 2017

Fantastycznie chłodna prasówka - NF 04/2017

Jakby na to nie patrzeć, troszkę w moim życiu recenzenckim się pozmieniało. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że recenzje, czy też przeglądy najnowszych numerów Nowej Fantastyki będą pojawiać się cyklicznie. Jak się łatwo domyśleć, raz w miesiącu. W związku z tym, że oprócz tego, zdarza mi się opiniować inne magazyny, postanowiłam ogarnąć podtytuł, pod którym będzie można będzie łatwiej je znaleźć (a także, gdy dorobię się lepiej zorganizowanego archiwum, łatwiej oznaczyć). Tym samym, wszystkie tego typu posty, będzie można znaleźć pod hasłem "Fantastycznie chłodna prasówka", a zapoczątkowuje ją recenzja kwietniowego wydania właśnie Nowej Fantastyki, którą od 22-go marca możecie już dostać w kioskach.
Dobry, zły i biuściasty.

wtorek, 21 marca 2017

Jeden dzień z życia Mroza

Dziś w ramach drobnej refleksji (i swoistego odpoczynku od pisania recenzji) chciałabym poruszyć z Wami jedną sprawę: jak blogerzy książkowi ogarniają się czasowo? Kwestia ta zaczęła mnie nurtować w chwili, w której przeglądając strony towarzyszy w niedoli (albo konkurencji, jak kto woli) zauważyłam, iż niektórzy publikują teksty z niepojętą dla mnie częstotliwością. Możecie mi wierzyć lub nie, ale bywają takie miesiące, kiedy wrzucenie moich skromnych czterech postów wydaje się być misją niemożliwą. Jeśli dorzucę do tego inne swoje aktywności z zadania z charakterystyczną melodyjką w tle. robi się coś, czemu za każdym razem powinny towarzyszyć raczej trąby i chóry anielskie. I dlatego też pytam się Was, znajomych blogerów, jak udaje się Wam to wszystko ogarnąć? Jeśli macie jakieś dobre rady, udzielcie mi swej mądrości, bo skoro ludziom się to udaje to i mnie powinno. Widać jest jakiś sposób, którego nie znam, albo gdzieś popełniam błąd, ale nie wiem gdzie. Żeby ułatwić Wam to zadnie, postanowiłam opisać mój jeden zwykły dzień. Może wspólnie jakoś na to zaradzimy.
I taka optymistyczna maszynka, a co!

sobota, 18 marca 2017

Boshowska krucjata od Wielgusa

Mój negatywny stosunek do wydawnictw typu vanity jest Wam znany. Nie lubię, nie czytam, nie recenzuję, bo już kilka razy nacięłam się na okrutnie źle napisane książki. Przebrnięcie przez nie miało w sobie nic z przyjemności czytania. Dlatego też w obawie o swoje zdrowie literackie zwykłam odmawiać takim publikacjom. Jednak kiedy przy nominacjach do Zajdla znów rozgorzała dyskusja o vanitowcach, udało mi się przeczytać kilka mądrych opinii, które znacząco wpłynęły na moje zdanie. Dlaczego mam "karać" autorów za politykę wydawnictwa? Autorów, którzy w takich przypadkach często sami muszą zadbać o promocję, czy o recenzje ukazujące się w sieci? Ich jedyną przewiną jest marzenie wydania książki, tak dobrze rozumiane przez każdą piszącą istotę. No cóż, ja też wciąż dorastam i recenzencko staram się rozwijać, dlatego też, gdy napisał do mnie autor i nie dał się zbyć moim mrozo-podejściem, postanowiłam dać mu szansę. Dawno włosów z głowy nie rwałam i nie wściekałam się na lekturę, więc czemu nie. Ale pod tym względem akurat się zawiodłam, co już samo w sobie było plusem dla powieści.
Trzeba przyznać wydawnictwu, że okładka wyszła bardzo klimatyczna.

wtorek, 14 marca 2017

Profesjonalizm giganta, czyli chłodne spojrzenie na Nową Fantastykę

Zdarzało mi się oceniać magazyny wydawane przez debiutantów w tym fachu. Czasopisma tworzone przez fanów, dla fanów, bardziej opierające się na zasadzie wolontariatu niż prawdziwej chęci zysku. Jest to szczytna i jak najbardziej słuszna idea, bo prasy fantastycznej u nas jak na lekarstwo albo jeszcze biedniej. Więc, poniekąd z chęci zjednoczenia się z ich twórcami, brałam, kupowałam, czytałam i pisałam. Żeby choć trochę pchnąć tę wiedzę dalej, by choć kilka osób więcej dowiedziało się o istnieniu tytułu. O skuszeniu się na zakup numeru nie wspomnę, bo aż takiego daru przekonywania nie posiadam, ale może? W każdym razie rozumiałam ich chęci, starania i zwyczajnie chciałam pomóc, nawet jeśli opinia miała być tak chłodna, jak nazwa tego bloga. Nigdy nie spodziewałam się, że o tę pomoc poprosi gigant, będący dla mnie synonimem prasy fantastycznej w Polsce. Kolos, wyznacznik poziomu, do którego powinno się aspirować. Innymi słowy siła, po której nigdy nie spodziewałam się takiej prośby, a przynajmniej nie skierowanej do małej mnie. A jednak. 
Tym samym dość niespodziewanie, zapraszam Was do przeczytania recenzji marcowego numeru Nowej Fantastyki.

środa, 8 marca 2017

Przez stany ćwiekowatości

Ci, którzy w miarę regularnie czytują sobie niniejszego bloga, zdają sobie sprawę, że mam pewien problem z twórczością Jakuba Ćwieka. Dla niewtajemniczonych piszę, iż chodzi o to, że nie przepadam za jego powieściami. Oczywiście płakałam czytając "Świetlika w ciemnościach", a "Grimm City. Wilk!" nawet przypadło mi do gustu, ale jego sztandarowych "Chłopców" zwyczajnie nie trawię, a cykl o Kłamcy wypada w stosunku 2:3 na niekorzyść autora. W porządku, nie wszystkich autorów trzeba lubić i czytać, ale mój "problem" polega na tym, że ja bardzo chciałabym polubić twórczość Ćwieka, ponieważ bardzo lubię go jako człowieka. Na każdym konwencie chodzę na jego panele, jak mam okazję to łażę na spotkania autorskie, bo ma się wówczas szansę obcowania z niesamowitą charyzmą Kuby. Zawsze podziwiam jego pomysłowość, zaangażowanie i energię z jaką opowiada o wszystkich swoich projektach. I fakt, właśnie tej energii mu zazdroszczę. Z tych właśnie spotkań wyniosłam przekonanie, że Ćwiekowi najlepiej wychodzi opowiadanie o samym sobie. Dlatego też niemal rzuciłam się na "Stany POP-świadomości", gdy znalazłam je na Krakowskich Targach Książki. Przecież opowiada w niej podróży po Stanach! Co z tą książką mogło być nie tak, by nie stała się moim ulubionym tytułem pióra Jakuba Ćwieka? No właśnie.
Och, jak bardzo chciałam, żeby to było dobre...

sobota, 25 lutego 2017

Ze smokiem po świecie, czyli recenzja Smokopolitan nr 6

To, że niepokojące rzeczy musiały się dziać w redakcji Smoko, wie każdy, kto poświęcił choć trochę czasu na zapoznanie się z ich TwarzoKsiążkowym profilem. Dowodem na owe trudy i znoje niech będzie fakt, że siódmy numer pojawił się przed szóstym, a szósty, choć oficjalnie sygnowany na grudzień pojawił się dopiero w styczniu. Znaczy o możliwości pobrania wersji elektronicznej dowiedziałam się w styczniu, a że można to był zrobić od 31 grudnia to już inna sprawa. Papierowa wersja jest natomiast w sprzedaży dopiero od lutego. Opierając się na własnych doświadczeniach, bałam się, że ten szósty numer może się w ogóle nie pokazać. Ba, że na tym zakończy się prężne działanie Krakowskich Smoków. Ale nadzieja pozostawała, dlatego uparcie śledziłam każdą informację zwiastującą najnowszy numer. Przynajmniej do momentu, w którym mnie zaskoczyli. Napisali, zapytali się, a ja się zgodziłam. Wszak i tak bym to zrobiła.
Oto i ono: nowe Smoko. W końcu.

niedziela, 19 lutego 2017

Tam gdzie rośnie betelowy pieprz, czyli awantura na czternaście fajerek

Zaczęło się przyjemnie awanturniczo, od ruin zaginionej cywilizacji jaszczurów gdzieś na tropikalnym płaskowyżu. Potem poczucie epickiej przygody wzrastało wraz z pojawieniem się piratów, pięknej zabójczyni, tajnego stowarzyszenia, ciekawskiej dziennikarki, nietuzinkowego wynalazcy i sympatycznego profesora. A to wszystko tylko postaci drugoplanowe. Chyba, ponieważ po lekturze pierwszego tomu nieco trudno to ocenić. Jeśli któryś z bohaterów na początku mógł wydawać się mniej ważny, to pod koniec czytania to wrażenie stawało się coraz bardziej zatarte. Jednego mogę być jednak pewna - najważniejsza w tej książce jest przygoda.
Och, jak mi brakowało powieści awanturniczej.