niedziela, 19 lutego 2017

Tam gdzie rośnie betelowy pieprz, czyli awantura na czternaście fajerek

Zaczęło się przyjemnie awanturniczo, od ruin zaginionej cywilizacji jaszczurów gdzieś na tropikalnym płaskowyżu. Potem poczucie epickiej przygody wzrastało wraz z pojawieniem się piratów, pięknej zabójczyni, tajnego stowarzyszenia, ciekawskiej dziennikarki, nietuzinkowego wynalazcy i sympatycznego profesora. A to wszystko tylko postaci drugoplanowe. Chyba, ponieważ po lekturze pierwszego tomu nieco trudno to ocenić. Jeśli któryś z bohaterów na początku mógł wydawać się mniej ważny, to pod koniec czytania to wrażenie stawało się coraz bardziej zatarte. Jednego mogę być jednak pewna - najważniejsza w tej książce jest przygoda.
Och, jak mi brakowało powieści awanturniczej.

niedziela, 12 lutego 2017

Wyznania geeka-romantyka

Są takie słowa, wyrażenia czy frazy, które każdy z nas chce usłyszeć. "Jutro wolne", "Dostajesz podwyżkę", "Zaliczone" czy "Baza wirusów programu Avast została zaktualizowana". Nie mniej wśród nich najważniejsze jest to wyznanie uczucia, którego święto będziemy obchodzić już za kilka dni. Amerykańskie filmy próbują nam udowodnić, że dużo łatwiej jest pójść z kimś do łóżka niż wypowiedzieć te trzy szczególne słowa (a ja o dziwo momentami patrząc na świat jestem w stanie się z nimi zgodzić), część ludzi zaś uważa je za tak wyświechtane i nadużywane, że nie warte powtarzania (i w tym znajduje się nuta prawdy). Na szczęście wszelkiego rodzaju fani, geecy i nerdy, zaleźli swój własny sposób na obejście tych problematycznych kwestii. Ponieważ oni znają cytaty, słowa klucze będące niczym zaklęcia, frazy kodu, który dla zwyczajnych śmiertelników nic nie znaczy. I właśnie o tym będzie dzisiejszy wpis. Zapraszam na subiektywny przegląd najlepszych wyznań miłości, jakie możecie usłyszeć od swojego geeka.
Wpis zawiera całą masę fabularnych spoilerów bez których nie dałoby się go stworzyć. Jeśli czujesz się urażony, bo nie znałeś takiej klasyki to się wstydź, a nie marudź.

niedziela, 5 lutego 2017

A czy Ty masz w domu Trylogię?

Pewnie już Wam nieraz wspominałam, że jestem prawdziwą córką swego ojca, przynajmniej pod względem zainteresowania wszelkiego rodzaju kryminałami, sensacjami, historiami spod znaku płaszcza i szpady, morskimi opowieściami westernami i szeroko pojętą akcją. Przez co mama, będąc w mniejszości, zazwyczaj nie może przeforsować np. romantycznego filmu do oglądania wspólnie wieczorem. No cóż, córki pod tym względem wdały się w drugiego rodzica. W zasadzie tylko w jednym punkcie moje wspólnoojcowskie upodobania nieco się rozmijają. Tata uwielbia filmy i książki historyczne (szczególnie dotyczące II Wojny Światowej), a ja zamiast nich kocham fantastykę, do której tata ma stosunek dość specyficzny. Niezależnie od różnicy zdań w tym drobnym punkcie, w jednej kwestii zawsze się zgadzamy, wywołując tym samym niezmienny komentarz mamy: "Znowu? Wy przecież znacie to na pamięć!" Niezależnie od wszystkiego, jeśli na którymś kanale leci jedna z części Trylogii, zawsze ją oglądamy.
Na dziś wieczór coś niezwykle klasycznego do poczytania.

niedziela, 29 stycznia 2017

Piękna i Zoltan Bestia

Swego czasu naprawdę uwielbiałam disney'owską wersję baśni "Piękna i Bestia". Jako że sama zwykłam marzyć i pochłaniać książki tonami, dość mocno utożsamiałam się z Bellą wierząc, że "dobrze widzi się tylko sercem", a "najważniejsze jest niewidoczne dla oczu". Oczywiście przekonanie, iż każdego złego chłopca można naprawić dobrem i miłością szło w parze z marzeniem o szarmanckim księciu z bajki. Ale wszyscy kiedyś byliśmy dziećmi. Dziś robię sobie żarty z syndromu Sztokholmskiego Belli i materialistycznie stwierdzam, że z takim zamkiem i biblioteką to żaden potwór nie jest straszny. Z resztą, gdy mankamenty wyglądu zmieńmy na wady w charakterze dostaniemy scenariusz dla około jednej trzeciej wszystkich komedii romantycznych. Ja jeśli dziewczyna na dodatek będzie biedna i pracowita niczym Kopciuszek, a całość przyprószymy pożądaniem to już w ogóle komercyjny sukces historii murowany. Dlaczego? Bo takie motywy zawsze się sprawdzały.
Trochę dobrego słońca i od razu lepsze zdjęcia wychodzą

niedziela, 22 stycznia 2017

A wszystko przez te wścibskie dzieciaki i psa

Czasami lubię się nad sobą zastanawiać. Rozważać skąd się u mnie wzięły niektóre upodobania, a także, co spowodowało to, że jestem jaka jestem. Dla przykładu, wiem dokładnie kiedy i dlaczego zaczęłam lubić kawę, a także w którym momencie istnienia chałwa zaczęła mi smakować. Wiem też dlaczego zaczęłam czytać książki, mimo że we wczesnych latach podstawówki miałam problemy ze składaniem literek i dukałam niemiłosiernie. Domyślam się też, dlaczego dużo łatwiej mi pisać, niż rozmawiać z ludźmi, choć nikt, kto spotkał mnie na tegorocznym Jagaconie wcale by tak o mnie nie pomyślał. Ostatnimi czasy dostałam swego rodzaju olśnienia dlaczego tak lubię stare wierzenia, mity baśnie, co z kolei rozwinęło się u mnie w głębokie zainteresowanie fantastyką, a także sympatia do detektywów ze szczególnym uwzględnieniem pewnego niezwykle logicznie myślącego detektywa. Co z kolei doprowadziło do zamiłowania nie tylko kryminałami ale i zagadkami, myśleniem, kryminalistyką, logiką i całą masą innych rzeczy, które można by pod to podciągnąć. Długo zastanawiałam się (albo raczej starałam sobie przypomnieć), czy Sherlock nie był pierwszy i zamiłowanie do rozwiązywania zagadek nie pociągnęło mnie w stronę tego serialu. Ale niestety, z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że kilkuletniemu dziecku rodzice prędzej pozwoliliby obejrzeć animację Hanna-Barbery niż "Psa Baskerville'ów", dlatego wybacz mi Holmesie, ale "te wścibskie dzieciaki" były pierwsze.
Tak dzieciaki, dziś tekst właśnie o Was.

wtorek, 17 stycznia 2017

Dawno temu, w Kraju Kwitnącej Wiśni, czyli rzecz o japońskich baśniach

Kiedy byłam mała, miałam w domu stary, dwutomowy egzemplarz Baśni Braci Grimm sczytany niemal do granic. Bez okładki i z wypadającymi kartkami. Jako dziecko nie przepadałam za tym wydaniem: miało przerażające grafiki pełne czaszek i diabłów, niekiedy tylko pokolorowane jadowicie żółtym tuszem. Mało tego! W żaden sposób nie przypominały bajek, które znałam z telewizji. Pełno w nich było wydłubywania oczu, obcinania kończyn, zabijania i wymyślnych kar, przy których rozżarzone do czerwoności żelazne trzewiki wcale nie wydawały się najstraszniejsze. Miałam bujną wyobraźnię więc takie obrazy wywoływały we mnie silną niechęć do dalszego zapoznania się z tymi historiami. Ale w sumie wiecie jak to jest z lękiem. Z jakiegoś powodu przecież lubimy oglądać horrory. Ja oczywiście odczekałam trochę, podrosłam i postanowiłam je przeczytać. Profilaktycznie robiąc to w biały dzień. Bo niby to tylko baśnie dla dzieci, ale z wyobraźnią nie warto było zadzierać.

Jakie by początki nie były, dorosła już Mróz może pochwalić się znajomością Baśni Braci Grimm bez cenzury (czy innego ułagodzenia), a swoista fascynacja baśniami pozostała. Im bardziej egzotyczne tym lepiej. Dlatego też, gdy pojawiła się możliwość "zażyczenia" prezentu gwiazdkowego (powiązana z możliwością jego zdobycia), poprosiłam o Baśnie japońskie wydawnictwa KIRIN. Na szczęście dobry elf w postaci mojej siostry, postanowił spełnić te życzenie i dzięki temu już w wigilie mogłam się cieszyć dalekowschodnimi opowieściami.
Takiż to zacny prezent dostałam od mrozowej siostry.

sobota, 7 stycznia 2017

Bloger, czy to brzmi dumnie?

W sumie mogłam dziś napisać o Wigilijnych psach, które w końcu przeczytałam, albo o Baśniach japońskich, jakie na gwiazdkę sprawiła mi siostra. Ale nie, musiałam stać się świadkiem rozmowy, wywołującej we mnie złośliwy śmiech, ale i poruszającej tymczasowo rzucone w kąt przemyślenia. A skoro sprawa już wypłynęła na wierzch mojej świadomości, od tygodnia obracam ją w głowie rozmyślając nad jej różnymi aspektami. Otóż zdarzyło się w zeszłą sobotę, że wyjątkowo udałam się na zakupy do jednej z nowszych, łódzkich galerii handlowych. Raz, że są tam wręcz nieopisane pustki, co zwiększa dla mnie przyjemność zakupów, dwa, że dzięki tym "pustkom" nadal mają duży wybór rozmiarów, dzięki czemu idzie coś w moim rozmiarze wygrzebać. Ale wracając do meritum. Skuszona aromatycznym zapachem kawy, weszłam do sklepiku oferującego bogaty wybór rozmaitych ziaren i tym samym stałam się świadkiem "przejmującej" rozmowy pomiędzy Klientem a Panią Sprzedawczynią (czy raczej monologu, ponieważ przez potoczyste zdania pana Klienta trudno się było przebić).
Dziś wieczór kilka refleksji o blogowaniu jako takim.