poniedziałek, 29 grudnia 2014

"Człowiek nietoperz" inaczej niż przywykłam, czyli kryminał na święta

Święta przeminęły, lodówki już niemal opróżnione, powoli coraz łatwiej się toczyć po okrutnym obżarstwie. Jakby nie patrzyć udało się odpocząć, choć trochę. Dla mnie nie ma lepszego odpoczynku niż czytanie, dlatego też moje Boże Narodzenie nie mogło się obejść bez dobrej książki. Choć nałogowo "połykam" wszelkiego rodzaju fantastykę, to jednak najpierw największą sympatią darzyłam kryminały. Kiedy zapadłam w świecie magii i miecza, to historie ze zbrodnią w tle zeszły na dalszy plan, mimo że seriale czy filmy spod znaku sensacji niezmiennie chętnie oglądałam. Przyczyna zapewne leżała w tym, iż wówczas produkcji, gdzie królowały lochy i smoki, było jak na lekarstwo. Dziś już nie mam tego problemu i jako miłośniczka tak specyficznego gatunku, mogę przebierać w najrozmaitszych tytułach. To z kolei spowodowało zaniedbanie przeze mnie kryminałów, ale mój książkoholizm nie mógł do tego dopuścić. Skoro już mieszkanie niemal godzinę od uczeni doprowadziło do nadrobienia przeze mnie czytelniczych zaległości, równie dobrze może się przyczynić do ich urozmaicenia. Zwyczajnie rzecz ujmując, poczułam się zmęczona nadmiarem fantastyki, który przyswoiłam w stosunkowo krótkim czasie. Dlatego też pozwoliłam się skusić tak popularnym ostatnio, skandynawskim kryminałom a wraz z nimi, pierwszej książce Jo Nesbo "Człowiek Nietoperz".


Jak już pisałam, nie samą fantastyką żyje człowiek i od czasu do czasu przyda się nieco urozmaicenia.

czwartek, 25 grudnia 2014

Mrozu nie było ale będzie, czyli na chłodno o świętach

Patrząc na pogodę panującą za oknem oraz wskazania termometru można by się głęboko zastanawiać, czy aby na pewno mamy do czynienia z zimą. Śniegu jak na lekarstwo, przez co ma się wrażenie, że wcale nie jest to okres Bożego Narodzenia, a kolejna przerwa urlopowa tylko z bardziej wypchaną lodówką. Ale nie, przecież aura Świąt nie zależy od pogody czy miejsca, choć sielankowe reklamy sprawiły, iż wydaje nam się to bardzo ważne. W nich własnie do idealności niezbędna jest puszysta warstwa śniegu, błękitne lub rozgwieżdżone niebo i tylko lekki mróz, by to wszystko nie popłynęło. Problem w tym, że na długo przed Gwiazdką, jesteśmy nią już zmęczeni dokładnie przez te same promocje, które zmuszają nas do bycia nadmiernie szczęśliwymi i kupowania produktów umożliwiających nam to. Życzenia zdrowia, radości i pomyślności stają się wówczas bardziej puste i tanie, a już na pewno mniej szczere, niż byśmy sobie tego życzyli. Niemal od listopada, bombardowani powszechnym i nadmiernym błogostanem nie dość, że nie czujemy wyjątkowości tych trzech dni, to jeszcze cieszymy się, że w końcu minęły, a przecież nie o to chodzi.


Kto by nie chciał mieć takiego widoku za oknem, szczególnie na Święta.

niedziela, 21 grudnia 2014

Nihei novi, czyli mangizacji ciąg dalszy

Jakiś czas temu, będąc pod całkiem sporym urokiem nowej Sailor Moon, nabyłam drogą wymiany handlowej, dwa pierwsze tomy mangi będącej pierwowzorem tego serialu. Nie był to jednak jedyny tego typu komiks, który kupiłam z własnej nieprzymuszonej woli. Najwcześniejsze miejsce zajmuje "Hetalia: Axis Power". Opisuje ona historię świata w dość frywolny i dowcipny sposób, a jej bohaterami są personifikacje krajów, regionów i mikronacji. Kiedyś pewnie o tym jeszcze opowiem, ale dziś nie na tym chciałam się skupić. Gdzieś w między czasie miałam okazję czytać jeszcze "Video Girl Ai", ale z przyczyn technicznych nie dotarłam do końca. W każdym razie, w momencie, gdy już sama zaczęłam się prosić o pożyczenie mangi do poczytania uznano, że można mnie namawiać do zapoznania się kolejnymi, nieco mocniejszymi, publikacjami tego typu. W ten o to sposób zaczęła się moja przygoda z Tsutomu Nihei'em i jego futurystyczną wizją świata.


Kwintesencja mang Niheia - samotny bohater i niezwykłe, monumentalne budowle.

środa, 17 grudnia 2014

sherlock@holmes.uk, czyli nie samą fantastyką żyje człowiek

Jak na pewno zdążyliście się już zorientować, uwielbiam fantastykę. Interesuję się nią już tak długo, iż czasami mam wrażenie, że tak było od zawsze. Jest to jednak tylko złudzenie, ponieważ na kilka lat przed tym jak pokochałam smoki i spółkę, zaczytywałam się w powieściach detektywistycznych wszelkiego sortu, ze szczególnym uwzględnieniem tych "młodzieżowych". Za przykład mogę podać tu choćby serię o "Trzech detektywach" sygnowaną nazwiskiem Alfreda Hitchcocka, czy jej polski odpowiednik, opisujący przygody Marty Patton. Oczywiście nie zapomniałam także o klasykach jak Doyle, Chirstie czy Chmielewska. Moja sympatia do kryminałów najbardziej uwypukliła się w liceum, kiedy to z powodu braku sensownego tematu z fantastyki, przygotowałam na ustny polski prezentację pod tytułem "Kryminał jako gra z czytelnikiem", zadziwiając tym samym swoich znajomych. Do tej pory lubię sobie przeczytać coś w tym stylu, kiedy odczuwam szczególne przesycenie magią i niezwykłością. Wówczas nie ma nic lepszego niż twardo stąpający po ziemi, rzeczywisty aż do bólu funkcjonariusz policji, który musi rozwiązać jakąś wyjątkowo skomplikowaną zagadkę. Oczywiście, każda tego typu sympatia musi mieć swój początek. Moja zaczęła się od starego serialu "Przygody Sherlocka Holmesa", który oglądałam z tatą w dzieciństwie. Współcześnie, ta już sztandarowa postać, doczekała się dwóch, niezwykle nowoczesnych interpretacji, o których postanowiłam opowiedzieć, ponieważ Charlie (bardzo dobry kolega ze studiów) podczas naszej ostatniej rozmowy, nie miał pojęcia o czym do niego mówię.


Tekst dostępny na stronie portalu Gavran

sobota, 13 grudnia 2014

"Krull" może być tylko jeden, czyli grzebania w pamięci ciąg dalszy

Odświeżanie staroci, głównie takich pamiętanych z dzieciństwa, niesie ze sobą wiele niepokojów, szczególnie związanych z uczuciem zawodu. Zawsze istnieje obawa, iż oglądanie ich bardziej świadomie, z większą wiedzą i doświadczeniem, spowoduje głębokie rozczarowanie. Być może dzieje się tak dlatego, że razem z pojedynczymi kadrami, nie zapomnieliśmy także pozytywnych uczuć jakie im towarzyszyły. Wrażeń szczerych, radosnych i niewinnych, jakie odczuwać może tylko dziecko, przez co takim "antykom" stawiamy zbyt duże wymagania. Nie raz czułam rozgoryczenie, gdy widma przeszłości okazywały się barwniejsze, piękniejsze niż były w rzeczywistości. Jednak mały Mróz w mojej głowie nigdy nie zaprzestaje szukania. Czasem, wśród mocno wyidealizowanych wspomnień, trafia się perełka. Scena czy fakt prowadzące do dzieła wywołującego niedowierzanie i czystą euforię. Tak było i w tym przypadku. Pamiętałam cyklopa, którego przodkowie poświęcili drugie oko za dar widzenia przyszłości, a w zamian otrzymali tylko znajomość dnia własnej śmierci. Zachowałam też w pamięci obraz latającej broni z pięcioma ostrzami. Te ślady pozwoliły mi na wygrzebanie informacji, iż chodzi o film "Krull" z 1983 roku, a ponieważ odkryłam tytuł, nic nie stało mi na przeszkodzie, by obejrzeć go raz jeszcze.


Ta podróż w odmęty pamięci była warta każdej sekundy spędzonej na oglądaniu tego filmu.

wtorek, 9 grudnia 2014

Moshi, moshi neko, czyli Mróz w świecie anime

Jak mogliście się zorientować po jednym ze starych wpisów, ja jako Mróz, oglądam nową "Salior Moon"  i nie mogę przestać się nią zachwycać. Szczególnie wtedy, gdy Bunny zachowuje się jak na dzielną wojowniczkę przystało, tak że nawet Mamoru się dziwi. Choć to konkretne anime oglądam sama i to z własnej nieprzymuszonej woli, moje wkraczanie do świata japońskich kreskówek wcale się nie skończyło. Słońce i gwiazdy mojego życia sukcesywnie ogląda ze mną kolejne, jego zdaniem najciekawsze serie. Ostatnio zmotywował mnie do przeczytania kilku mang, ale o tym opowiem kiedy indziej. Po paru tytułach, które wywoływały dość intensywne przeżycia, a myślę tu głównie o "Full Metal Alchemist", w trakcie którego musiałam prosić o pauzowanie seansu oraz "Helsingu", gdzie krew lała się całymi kaskadami, potrzebowałam czegoś lżejszego, przyjemniejszego i dużo bardziej przyjaznego. Oczywiście mój drogi Khal jak zawsze okazał się niezawodny i przyszedł do mnie z serialem spełniającym wszystkie te warunki. Ja natomiast po raz pierwszy poczułam żal, że historia opowiedziana w anime nie ciągnie jeszcze przynajmniej przez jeden sezon. Mówię tu o niezwykle pozytywnej serii "Azumanga Daioh", którą dane mi było obejrzeć, dokładnie w momencie, kiedy jej potrzebowałam. 


Naprawdę mi szkoda, że się skończyło, głównie dlatego, że przywiązałam się do głównych bohaterek. A tu macie grafikę, która choć częściowo oddaje istotę serii.

piątek, 5 grudnia 2014

Filozofia bąbelka na Wyparce

Jak mogliście się zorientować z moich mniej lub bardziej osobistych wpisów, ja jako Mróz ciągle studiuję i to bardzo adekwatny do mych zainteresowań kierunek zwany "farmacją". Dla tych, którzy nie wiedzieli, a śledzą w miarę na bieżąco "Powiało Chłodem" może być to mimo wszystko nie lada zaskoczenie połączone z niedowierzaniem. W takich chwilach przypomina mi się sytuacja z tegorocznego Falkonu, gdy po zakończonej prelekcji o smokach podszedł do mnie jeden z widzów i z niemałą konsternacją ni to zapytał ni stwierdził "Jesteś więc studentką farmacji z Kielc, która mówi o smokach (?)" Ja, z wrodzonym poczuciem humoru stwierdziłam, iż ludzie na uczelni podobnie na to reagują. Mnie jednak zadziwia fakt, iż dla większości osób farmacja i fantastyka wydają się być zupełnie nieprzystające do siebie. A nic bardziej mylnego. Tak na dobrą sprawę, gdy pozbędziemy się wzorów chemicznych i naukowego bełkotu, zostają nam całkiem silne, alchemiczne podwaliny. Ponieważ ja jako Mróz osiągnęłam już stosowny wiek predysponujący mnie do ukończenia mojej drogiej uczelni, postanowiłam swoje magistranckie ścieżki związać z zakładem zajmującym się szeroko pojętym zielarstwem. Tam, wprowadzona w jego sekretne laboratoria, warzę tajemnicze dekokty. Jakkolwiek ciekawie by to nie brzmiało, na obecną chwilę polega na pilnowaniu, przeze mnie jak Mroza, herbacianie pachnącego wywaru. Mimo iż wówczas, moje bystre spojrzenie ciągle omiata dziwne urządzenie zwane Wyparką, a szlachetny tyłek spoczywa na krześle to umysł nigdy nie próżnuje. W ten właśnie sposób narodziła się Filozofia bąbelka, którą za raz będziecie mogli przeczytać.


I kto by pomyślał, że taki bąbelek może mieć swoją własną filozofie? Pewnie ktoś, kto gapił się na nie przez kilka ładnych godzin :p

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Ideał sięgnął bruku, czyli ludzkie oblicze Króla Artura

Są książki ciekawe, czytane z przyjemnością, gdzie wręcz delektujemy się każdym słowem w min zawartym. Są książki epickie i tak wciągające, że zapominamy o Bożym świecie, woluminy przez które wyłączamy się z istnienia, ale i tak żyjemy pełniej, dostatniej, prawdziwiej. Są książki mądre, zmieniające nasze podejście do świata, pomagające w mentalnej ewolucji, kształtujące nas na wartościowych ludzi. Są książki ciężkie, przez które przebrnięcie wymaga niesamowitego skupienia, ale wywołujące dumę, gdy dobrniemy do ostatniej strony. Są książki lekkie i przyjemne i takie, do których za żadne skarby Ziemi nie potrafimy się przekonać, a jednak każda z nich wnosi coś pozytywnego do naszej rzeczywistości. Są też takie książki, do których trzeba dojrzeć, aby docenić ich prawdziwą wartość. Tomy zawodzące po pierwszych stronach, gdyż opisują historię nie tak, jak chcielibyśmy ją widzieć, niedoceniane czytadła, zbyt długo kurzące się na półce, czekające na chwilę swojej świetności i zrozumienia. Wstyd się przyznać, ale i ja jako Mróz, porzuciłam kiedyś czytaną książkę w połowie, tylko dlatego, że nie podobało mi się jak autor ocenił głównego bohatera. Czułam, że to dobra lektura, ale wówczas nie mogłam się przemóc. Po latach wróciłam do niej, dojrzalsza, bardziej obiektywna i tak mi się spodobała, że zaczęłam pochłaniać kolejne rozdziały nawet na wykładach. Mowa o "Trylogii arturiańskiej" Bernarda Cornwella, o której to będzie dzisiejszy wpis.


Ponieważ są książki, które przeczytane tylko we właściwym czasie, zostają najlepiej zrozumiane.

czwartek, 27 listopada 2014

Animowana propaganda, czyli "Czarodzieje" przeciwko wojnie

Człowiek zazwyczaj chce dobrze. Po odkryciu w odmętach swej pamięci produkcji Fire and Ice, ja jako Mróz miałam w głowie szereg wpisów ratujących zapomniane animacje. Cel jakże szczytny, ponieważ liczyłam iż dzięki nim przywrócę komuś utracone wspomnienia z dzieciństwa. Pełna jak najlepszych intencji, zapominając jakie to szczególne miejsce jest nimi wybrukowane, sięgnęłam po film, który zaproponował mi Internet. Szukając informacji właśnie na temat Fire and Ice, każda wręcz strona sugerowała mi obejrzenie dodatkowo Wizards  z 1977 roku. Szczerze mówiąc, nie słyszałam o tym wcześniej. Żeby nie zepsuć sobie zabawy, unikałam wszelkich opisów fabuły, poza obietnicami "epickiego starcia pomiędzy magią a techniką". Brzmiało to na tyle dobrze, że nawet nie mogłam się doczekać seansu. W swój wolny wieczór, zaopatrzyłam się w solidne ilości herbaty, szczelnie opatuliłam kocem i pozwoliłam zabrać się na przygodę. I naprawdę nie wiem, czy dobrze zrobiłam, choć każde doświadczenie czegoś uczy.


Żadna pozytywna recenzja i aprobata internetu, nie przygotowała mnie na to, co zobaczyłam w trakcie oglądania tego filmu.

niedziela, 23 listopada 2014

Prawdziwy pies na koszmary, czyli opowieść o Dylanie Dogu

Jak już mogliście się zorientować, ja jako Mróz, zupełnie nie siedzę w komiksach, nie zaczytuję się w nich i nie znam wszystkich ciekawostek z danego uniwersum. Jest to jednak wynik braku dostępu do tego typu publikacji we wczesnych latach młodzieńczych, kiedy to ta szczególna sympatia mogłaby rozwinąć się najobszerniej niż jakaś szczególna awersja. Grunt był wówczas bardzo podatny, gdyż wszelkie animowane adaptacje, pochłaniałam wręcz jednym ciągiem. Nieco starsza już wersja mnie, stara się powoli nadrabiać zaległości w tej dziedzinie, niestety z różnym skutkiem i co tu dużo ukrywać, historie o superbohaterach już tak nie pociągają. Co nie znaczy, że zupełnie porzuciłam komiks, który uważam za nieco u nas w Polsce niedocenione medium, choć ostatni MFKiG, sugeruje zmiany na lepsze. Będąc mimo wszystko, zapaloną czytelniczką w zasadzie wszelkiego słowa drukowanego, nawet tego z obrazkami, stanowiącymi dość często małe dzieła sztuki, i tu potrafiłam znaleźć coś dla siebie. Głęboko zakorzeniona sympatia do wszelkiego detektywów wszelkiego sortu, szczególnie tych od spraw zupełnie niecodziennych sprawiła, że pozwoliłam się skusić serii o przygodach Dylana Doga.


Tak na prawdę nie musiałam wiedzieć, że jest detektywem. Do przekonania mnie wystarczyły te mroczne i nieco melancholijne grafiki.

środa, 19 listopada 2014

Memento mori, czyli chwytaj dzień

Wbrew pozorom nie chodzi tu o karygodną nieznajomość łaciny, lecz o pewną myśl, która nie daje mi spokoju od dłuższego czasu. Listopad, czy to ze względu na Święto Zmarłych, czy też raczej ponurą aurę, sprzyja rozmyślaniom. Zmrok zapada zdecydowanie zbyt szybko, a te kilka godzin światła słonecznego w ciągu dnia, zostaje przefiltrowane prze chmury. Jest to doskonały czas na zaszycie się pod kocem z dobrą książką i gorącą herbatą lub też wspólne oglądanie filmów, kiedy zwyczajnie możemy pobyć z tą drugą osobą i przez chwilę nigdzie nie gonić. Jednak, w momencie gdy człowiek się już zatrzyma, zaczyna się zastanawiać dokąd to wszystko właściwie zmierza. Leniwie wpatrzeni w okno, zadajemy sobie te wszystkie egzystencjalne pytania, które nas nurtują. Kwestie życia, śmierci i sensu istnienia. Wnioski jakie zwykliśmy wyciągać nie napawają optymizmem. Może to być związane z szerokością geograficzną lub narodową skłonnością do narzekania. Chyba warto by coś zmienić, nie uważacie?


UWAGA! Wkraczasz w strefę wpisu pełnego pozytywnej energii. Zostaw wewnętrznego marudę za sobą i czytaj dalej.

sobota, 15 listopada 2014

"Na potęgę Posępnego Czerepu", czyli o filmie, który ma tę moc

Falkon skończył się już jakiś czas temu, jednak ja jako Mróz ciągle żyję tymi pozytywnymi emocjami i opowiadam o swoich przygodach, każdemu, kto zechce mnie wysłuchać. Wolna i nieco leniwa sobota, skłoniła mnie do wspominania tego czasu i nadrobienia zaległości filmowych, które odkryłam będąc na konwencie. Jak napomknęłam w swoim poprzednim wpisie, przez przypadek wzięłam udział w konkursie wiedzy o klasycznych filmach sci-fi i fantasy powstałych przed rokiem 2000, odkrywając że moje obeznanie w tym temacie jest większe niż się spodziewałam. Znalazły się oczywiście produkcje, które umknęły mojej fascynacji fantastyką. Wówczas właśnie dowiedziałam się, iż jedna z moich ulubionych bajek z czasów kaset i odtwarzaczy wideo, posiada swoją aktorską wersję i to niewiele starszą od animowanego pierwowzoru. Masters of the Universe okazali się pozycją, którą koniecznie musiałam nadrobić.


Zaczęło się od zabawek, a skończyło... No cóż, dla pewnych niezwykle sentymentalnych istot, tak naprawdę nigdy się nie skończyło...

wtorek, 11 listopada 2014

Przychodzi Batman do Geralta, a tam siedzi Spock, czyli Falkonowe przygody Mroza

Siedzę w mieszkaniu powoli sącząc herbatę, która dawno nie smakowała mi tak dobrze, choć to w dużej mierze zasługa domowego soku z pigwy a nie jakości torebki zużytej na jej zrobienie. Falkon dobiegł końca, a mi nie pozostało nic poza czekaniem na następny i opisaniem tej wyjątkowej imprezy. Niczym Bilbo Baggins, po powrocie ze swojej wyprawy, zastanawiam się od czego zacząć. Jakimi słowami najlepiej przekazać to, czego tak właściwie opowiedzieć się nie da? Jak streścić cztery dni wrażeń w krótkim wpisie, kiedy zrelacjonowanie tego na żywo zajęłoby przynajmniej jeden, bardzo długi wieczór? To trudne, ale przecież muszę spróbować. Ostatnie cztery dni są bez wątpienia godne zapamiętania i dzielenia się nimi, z każdym, kto tylko będzie chciał słuchać.



Takie rzeczy to tylko na konwencie. Reszta zdjęć w albumie Falkon 2014

poniedziałek, 3 listopada 2014

Halloween a sprawa polska, czyli co do nas przywiało z zachodu

Pierwsze dni listopada zachwyciły ciepłą i dość słoneczną, jak na tę porę roku, pogodą. Przez co nie odczuwało się tak bardzo podniosłego i momentami przygnębiającego nastroju Wszystkich Świętych. Jedynie wcześnie zapadający zmrok przydaje upiorności aurze aktualnie panującej na dworze. Właśnie taka atmosfera przyświecała w tym roku dwóm coraz bardziej skłóconym uroczystościom, choć według mnie jako Mroza, spierającym się zupełnie bez sensu. Tak akurat wypadło z kalendarza, że impreza znana powszechnie jako Halloween, wypada w wigilię Wszystkich Świętych, teoretycznie zakłócając przebieg owej uroczystości. Największe jednak problemy, jak zwykle z resztą, stwarzają ludzie, szukający już tylko nowych powodów do podziałów, wydziwiający nad powszechną amerykanizacją i zatracaniem polskich tradycji. Co najciekawsze, zazwyczaj najgłośniej "krzyczą" osoby, dla których nasze Święto Zmarłych, jest kolejnym powodem dla dłuższego obijania się, więc jeśli już mamy kogoś winić za zapomnienie starych obrzędów, to raczej nas samych niż ten "zgniły" zachód.


czwartek, 30 października 2014

Potter, Potter pokaż rogi

Nie da się ukryć, że zachodnie "helołin" ma się u nas coraz lepiej. W hipermarketach spokojnie można już kupić wszelkiego sortu dynie i upiorne akcesoria, a kluby organizują tematyczne imprezy. Kina też nie chcą tracić dobrej okazji do zarobienia i specjalnie na 31 października przygotowują nam wyjątkowo mroczne i straszne firmy. W tym roku "halołinowa" premiera przyprawia o zawroty głowy wszystkich fanów "chłopca, który przeżył" i nie chodzi bynajmniej o tajemniczą ekranizację prozy J. K. Rowling, ale o "Horns"  z Danielem Radcliffem w roli głównej. Ponieważ zwiastuny wyglądały ciekawie, ja jako Mróz dodałam go sobie do listy zapalonego oglądacza. W oczekiwaniu na premierę sięgnęłam też po książkę, która usposobiła mnie na tyle dobrze, że tym większą miałam ochotę go obejrzeć. Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy przeglądając Filmweba, okazało się, iż premiera światowa miała miejsce 6 września... 2013 roku! Czyli jeśli chcecie go obejrzeć i nie macie awersji do napisów, możecie zrobić to nawet dziś. W każdym razie jestem świeżo zarówno po projekcji filmu jak i lekturze oryginału, więc zapraszam do zapoznania się z moim spojrzeniem na nie. I oczywiście uwaga na spoilery, choć w rozsądnej ilości!


Zwiastun, który wiele obiecywał...

niedziela, 26 października 2014

Powiało chłodem na dworze, czyli refleksje około zimowe

Jakiś czas temu mogliśmy się cieszyć z pięknej polskiej jesieni. Słoneczko przygrzewało, a drzewa pokrywały liście najbardziej fantastycznych barwach, jakie wymyśliła natura. W takie dni nie było nic przyjemniejszego od wyjścia z domu na spacer, rozkoszując się niemal letnią aurą, z tą różnicą iż człowiek nie pocił się tak usilnie. Umiarkowanie przyjemna temperatura na dworze pozwoliła nam odegnać niepokojącą wizję zimy na dłużej niż zwykle, dlatego tak nagłe obniżenie ciepłoty otoczenia zaatakowało z podwójną siłą. W Łodzi o porządnym mrozie jeszcze nie słyszano, ale nietopniejący śnieg na Kasprowym, jest dla mnie dostatecznym bodźcem do zmiany opon w samochodzie, szczególnie, że w świętokrzyskim potrafi być dużo chłodniej niż w Centralnej Polsce. Na szczęście wiedziona pierwotnym instynktem zdążyłam także uprać sobie zimową kurtkę i wydziergać "komin" na drutach, dzięki czemu "Królowa Śniegu" mi nie straszna, choć jej zimne palce mogły się już momentami dać we znaki. Teraz jednak, siedząc pod kocem z kubkiem gorącej herbaty obok siebie, zastanawiam się, kiedy chłodna aura, będąca jedynie przygrywką do czegoś poważniejszego, przeistoczy się w paraliżujące zawieje i zamiecie, oblodzone chodniki i spóźnione tramwaje, zaskakując wszystkich, z drogowcami na czele.


Ładny przejściowy widoczek, na przejściową pogodę

środa, 22 października 2014

Krew nie woda, czyli o szkoleniu skrytobójcy

Czasem zdarza mi się przeglądać moje poprzednie wpisy, chociaż by po to, by zorientować się o czym już mówiła, dokąd ostatnio błądziły moje myśli i czy wszystkie teksty napisałabym tak samo, jak poprzednio. Patrząc obiektywnie na to, co ostatnio u mnie się działo, stwierdziłam, iż dość mocno zaniedbałam refleksje literackie, jakbym zupełnie przestała czytać, a to nie prawda! Remont trakcji tramwajowej zmusił mnie do spędzania co dziennie około dwóch godzin w środkach transportu publicznego, a brak ciągłych wejściówek i kolokwiów wszelkiej maści pozwala mi na poświęcenie tego czasu na zagłębianie się w lekturze. Na brodę Merlina! Nie pamiętam już kiedy ostatnio miałam na tyle wolnego, by połykać do dwóch tytułów tygodniowo. Szaleństwo! Mój wewnętrzny mól książkowy nie może przestać się cieszyć, ale profilaktycznie "pożera" co się da, w razie gdyby ten stan miał się wkrótce zmienić. Aby jakoś ukierunkować ten czytelniczy pęd, postanowiłam nadrobić swoje zaległości w literaturze fantastycznej, biorąc na cel głównie starsze pozycje. W przypływie kawalerskiej fantazji, stwierdziłam, że równie dobrze mogę wciągnąć Was w to swego rodzaju wyzwanie, dlatego dziś zapraszam na moje, jako Mroza, refleksje na temat "Ucznia skrytobójcy".


Grafika z "Assassin's Creeda" jest tu tylko po to, aby przyciągnąć Waszą uwagę. Mam nadzieję, że mi się to udało.

sobota, 18 października 2014

W umyśle szalonego mistrza, czyli Beksińskich portret potrójny

Nie pamiętam kiedy pierwszy raz zetknęłam się z nazwiskiem Beksiński. Jeśli miałabym obstawiać, wybrałabym gimnazjum, kiedy to dzięki pani L., moja wiedza zarówno plastyczna jak i muzyczna była najobszerniejsza. Jednak pierwsze wrażenia dotyczące obrazów Beksińskiego, związane są z przeglądaniem reprodukcji na jakiejś stronie internetowej. Przez bardzo długi czas nic tak naprawdę nie wiedziałam o artyście, a strzępy informacji jakie posiadałam, mieszały mi dokonania ojca i syna. Na szczęście moja nieoceniona Baiken nie pozwoliła mi długo żyć w niewiedzy. W trakcie jednego z naszych licznych wypadów na piwo, gorąco poleciła mi książkę Magdaleny Grzebałkowskiej "Beksińscy. Portret podwójny", której to wręcz nie mogła się nachwalić. Tytuł zagościł w mojej pamięci, ale jak to zwykle bywa podczas spotkań z alkoholem, został zepchnięty na bok przez rzeczy bardziej ujmujące. Tak naprawdę czekał tylko na właściwy moment, na chwilę, w której mogłabym najpełniej docenić treść jaką ze sobą niósł. Czas taki nadszedł szybciej niż mogłabym się spodziewać.


Rodzina Beksińskich. Od lewej Tomek, Zofia i Zdzisław.  Pozwoliłam sobie sparafrazować tytuł książki, ze względu właśnie na osobę Zofii Beksińskiej - wyjątkowej kobiety, bez której, obaj mężczyźni jej życia, nie osiągnęli by tego wszystkiego.

wtorek, 14 października 2014

Bliskie spotkania na Piotrkowskiej, czyli jak było na "Light Move Festiwal"

Chyba każdy z nas przynajmniej raz w życiu, przeżył to niesamowite napięcie towarzyszące oczekiwaniu na coś niesamowitego oraz następujące po wszystkim rozczarowanie, ponieważ nasze wyobrażenia były ciekawsze i bardziej ekscytujące od tego co zobaczyliśmy. Rozgoryczenia nie czuje ten, co nic nie przeżywa. W sumie tak właśnie mogłabym opisać ostatni "Light. Move. Festival", który odbył się w ostatni weekend w Łodzi. Muszę przyznać, że pod względem atrakcji, jest tu lepiej niż w moich rodzinnych Kielcach, jednakowoż uważam, iż imprezy organizowane cyklicznie, powinny starać się utrzymywać jeśli nie coraz wyższy, to przynajmniej porównywalny poziom. Niestety nie wiem jak festiwal wyglądał w zeszłym roku, jednak po opisach znajomych, strasznie żałowałam opuszczenia go. Dlatego też w tym roku postanowiłam brać w nim udział, choćby się paliło i waliło. No cóż, możliwe, iż moje wymagania, po wszystkich "ochach" i "achach" usłyszanych na temat lat ubiegłych, mogły być nieco zbyt wygórowane, jednak po rozmowie z bliskimi, moja opinia się potwierdzała, ale do rzeczy.


Zdjęcie doskonale oddające klimat festiwalu. Foto.: Inga Przybylak


piątek, 10 października 2014

Opowieść o bajce nie dla dzieci, czyli co można znaleźć w pamięci Mroza

W momencie, gdy ja jako Mróz, rozmawiam ze znajomymi o filmach, serialach czy animacjach, zaczynają się zastanawiać ile czasu poświęcam na ich oglądanie, że tak wiele z nich znam. Wówczas to muszę tłumaczyć, iż tak naprawdę jest jeszcze cała masa ekranizacji, których nie widziałam, a obecne studia nie sprzyjają w nadrabianiu tych zaległości. Sekret jednak tkwi w mojej dość nietypowej pamięci, gdzie w fałdach istoty szarej skrywają się stopklatki ze wszystkich produkcji, jakie dane było mi widzieć. Niektóre z tych wspomnień są tak stare, że zaklasyfikowano je jako sen lub wyniki wybujałej dziecięcej wyobraźni, jaką niegdyś posiadałam (dziś mojej wyobraźni nie można zarzucić braku wybujałości, jednak stała się zdecydowanie mniej dziecięca). Właśnie w takim miejscu, zachowała się pamięć o jednej animacji, którą odświeżyło znalezienie jednej, przypadkowej ilustracji, prowadzącej następnie do tytułu konkretnej animacji. Odkrycie to nie tylko pozwala mi myśleć, że nie wszystko, co pamiętam ze swoich dość wczesnych lat dziecięcych, zwyczajnie sobie wymyśliłam, ale i przypomnieć Wam o starych, dobrych czasach, kiedy filmy rysunkowe faktycznie nimi były. UWAGA! dalsza część wpisu zawiera rozsądne ilości spoilerów, bez których całość nie ma większego sensu. Pozostałych zainteresowanych zapraszam na opowieść o bajce "Fire and Ice"


Niestety ten plakat w bardzo nikłym stopniu oddaje to, z czym będziemy mieli do czynienia w trakcie seansu.

poniedziałek, 6 października 2014

Z komiksem za pan brat, czyli Powiało Chłodem na Atlas Arenie

Kiedy w Twoim mieście jest organizowany wyjątkowy event, to zwyczajnie grzechem byłoby nie wziąć w nim udziału. Pomijając, ze ja jako Mróz obecnie cierpnie na "głód konwentów", postanowiłam zaspokoić swoje fanowskie odchyły, bawiąc się na 25. Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier, mającym miejsce na terenie Atlas Areny, która w ostatni weekend przeżyła prawdziwe oblężenie, porównywalne chyba tylko z koncertem Iron Maden czy Mistrzostwami Świata w siatkówkę. Jeśli również byliście na tej imprezie i mignęła Wam w tłumie postać niewieścia z dwoma koczkami na głowie i wielką, czerwoną kokardką, dzierżąca w łapkach mały notesik, w którym skrzętnie notowała pierwsze spostrzeżenia i jeszcze na domiar złego wiało od niej chłodem, mogliście być pewni, że to Mróz wyruszyła w teren. Wszystkich atrakcji oferowanych przez tegoroczny MFKiG jedna śmiertelna istota nie była w stanie ogarnąć, chociaż bardzo się starała, ale zobaczyła na tyle by móc Wam o tym opowiedzieć, powstrzymując nieco moje geekowskie zapędy.


Moje tegoroczne zdobycze. "Czarodziejka z Księżyca" jest wynikiem silnej mangowej agitacji znajomych i spóźnioną fascynacją do tej konkretnej postaci.

czwartek, 2 października 2014

Przywiało wyniki, czyli rozstrzygnięcie "Chłodnego konkursu"

Nowy rok akademicki oficjalnie już się zaczął, w związku z czym należałoby ogłosić wyniki konkursu, który jakiś czas temu został ogłoszony na tym o to zacnym blogu. Polegał na tym, żebyście wymyślili jaka postać, rzecz lub istota mogła reklamować "Powiało Chłodem". Cel był w zasadzie jeden: chodziło zachęcenie nowych czytelników do zaglądania na moją stronę i zaangażowanie starych w coś więcej niż tylko czytanie. Czy się to udało? Poniekąd tak, jednak jak to z założeniami bywa, z czasem wyewoluowało w coś, co spokojnie można nazwać by wyzwaniem, ale dla mojej skromnej osoby. Oprócz pomysłów absolutnie oczywistych takich jak Buka czy Królowa Śniegu, pojawiały się też postaci, o których pierwszy raz w życiu słyszałam. Wybór był więc trudny i jednocześnie bardzo łatwy. Prostota w podjęciu decyzji polegała na tym, iż tylko jedna z Waszych odpowiedzi rzuciła mi wyzwanie. Zwycięzca konkursu dostarczył mi opis postaci, której wizerunek musiałam od podstaw wymyślić/stworzyć/zaprojektować. Mało tego, żeby wyszedł tak jak chciałam, należało go wykonać w technice, z którą jestem dość słabo obeznana. Pomijając fakt, że zasugerowany pomysł był najbardziej oryginalnym ze wszystkich, to jeszcze na dodatek poruszył we mnie strunę odpowiedzialną za ambicje. Dlatego też wygrał.

Byłabym jednak istotą bez serca, gdybym nie doceniła innego pomysłu, dlatego też postanowiłam przyznać dodatkowo wyróżnienie.

niedziela, 28 września 2014

Awsome mix vol 1, czyli słów kilka o muzyce

Kiedy Marvel Enterprises zdecydowało się przygotować film o mało znanych (w porównaniu do Iron Mana czy Kapitana Ameryki) super bohaterach, pewnie wielu zastanawiało się kto na to pójdzie i czy produkcja w ogóle się zwróci. Jednak "Guardians of the Galaxy" okazali się być kasowym sukcesem, przyciągając do kin tłumy fanów, niektórych nawet po kilka razy, zarabiając tym samym dla swoich twórców grube miliony. Czyja to zasługa i co sprawiło, że ekranizacja przygód tak mało popularnych herosów, zawładnęła sercami rzeszy fanów na całym świecie? Oczywiście można wychwalać zalety scenariusza, niesamowite efekty specjalne, doborowy casting i wiele, wiele innych, ponieważ film sprawia wiele przyjemności podczas oglądania i nawet ja jako Mróz, w dwa tygodnie po wizycie w kinie, chciałam go zobaczyć jeszcze raz. Jednak muzyka tej superprodukcji jest czymś absolutnie fenomenalnym przez co stała się jej charakterystycznym i niezwykle rozpoznawalnym elementem. Już w kilka godzin po premierze fani z całego świata, zaczęli tworzyć playlisty odwzorowujące kasetę Petera Quilla. Zaprezentowane na niej kawałki zyskały drugą młodość, a mnie jako Mroza skłoniły do ułożenia własnej listy piosenek, które umieściłabym na moim zestawieniu "Awsome mix vol 1"


Urodziłam się w czasach, w których królowały kasety, a posiadanie własnego walkmana było czymś niesamowitym, dlatego też potrafię docenić takie drobiazgi

środa, 24 września 2014

"Ślubna apokalipsa" i "Świt żywych remake'ów", czyli o niebezpieczeństwach ćwierćwiecza

W swej naiwności, parę miesięcy temu napisałam, że kończąc dwadzieścia pięć lat niewiele się dla mnie zmienia. Cóż poradzić, skoro okazało się, iż Świat ma na ten temat swoje własne zdanie, nie do końca zbieżne z moimi przekonaniami i powoli zaczyna się o mnie upominać. Tak gwoli wyjaśnienia, ja jako Mróz mam mniej więcej dwuletni poślizg we wchodzeniu w dorosłość, gdzie przez "dorosłość" mam na myśli koniec studiów, stałą pracę, samodzielne utrzymanie i całą masę mniej lub bardziej przyjemnych obowiązków. W przeciągu ostatniego roku, większość moich znajomych z gimnazjum/liceum rozwijało swojej kariery zawodowe, gdy ja wciąż ślęczałam nad książkami, powtarzając sobie, iż sen jest dla słabych. W gruncie rzeczy, nie bardzo na to narzekałam, gdyż na długo przed studiami miałam okazje przekonać się na własnej skórze, z czym wiąże się owa dorosłość, dlatego też wcale mi się do niej nie spieszyło. Nie mniej jednak, Świat postanowił mi przypomnieć, że nic nie stoi w miejscu, nawet ja, i wkrótce nadejdą zmiany. Jeśli głębiej się nad tym zastanowić, to zaczęło się już jakiś czas temu, tylko sygnały były na tyle subtelne, iż ich nie dostrzegałam lub też nie miałam dostrzec w tym konkretnym czasie.


Co tu dużo ukrywać, zaczyna robić się gorąco

sobota, 20 września 2014

Om saj ram, czyli co się dzieje jak Mróz zaczyna projektować tatuaże

Cześć pracy, rodacy! Po licznych perturbacjach z tegoroczną "kampanią wrześniową" mogę z dumą zakomunikować, iż w końcu mam wakacje. Całe dziesięć dni (a może i dwa tygodnie) nie uczenia się! Szaleństwo! Skoro już obawa o moją przyszłą edukację nie będzie mnie rozpraszać mogę znów skupić się na porządnym prowadzeniu bloga. Nie wiem, jakim cudem, ale gdy tylko zobaczyłam szlachetne 3,5 w swoim indeksie, za raz do głowy wpadły mi pomysły na sześć kolejnych artykułów więc będzie się działo.Przypominam, że do dzisiaj do północy, można jeszcze wysyłać swoje zgłoszenia na Chłodny Konkurs. Liczą się tylko te, które do końca dzisiejszego dnia dotrą na adres marozaspojrzenienaswiat@gmail.com. Wyniki zostaną ogłoszone już 2 października! A tym czasem, jak już mogliście się zorientować, ja jako Mróz, coś tam sobie rysuję mniej lub bardziej udanego. Co dziwniejsze i ciekawsze, gdy tworzę na czyjąś gorącą prośbę, zazwyczaj wychodzi mi to ze dwa razy lepiej niż, gdybym miała skrobać coś dla siebie. Tak też było i tym razem. Zwrócono się do mnie z prośbą o zaprojektowanie tatuażu. Po pierwsze nigdy tego nie robiłam, a po drugie elementy, które miał zawierać, brzmiały jak fragmenty zapomnianego języka. Na szczęście Mała Mi (wybacz, ale to przez tego "Ryjka" tak mi się kojarzysz) podrzuciła mi kilka wzorów, pozwalających na ogólne rozeznanie w temacie. W ten o to sposób powstała moja wersja hinduskiej mandali, mającej ponoć wkrótce przyozdabiać plecy wcześniej wspomnianej koleżanki i, jak się niedawno okazało, także jej pokój. Skoro moja praca, spotkała się z tak dużą aprobatą postanowiłam się nią z Wami podzielić, licząc na Wasze komentarze. Miłego oglądania!

wtorek, 16 września 2014

Literackie spojrzenie Mroza - Cicha noc

Miał być post muzyczny i szaleństwo pełne. Niestety zmożona ni to grypą, ni to przeziębieniem, ale skutkującym niezmiernie irytującym zatkaniem nosa oraz ciągłymi zmaganiami z sesją poprawkową, zwyczajnie nie mam siły na "research", w celu napisania czegoś twórczego. Szczęście w nieszczęściu właśnie ogłoszono wyniki konkursu "Nadszaniec Fantastyki" organizowanym przez Zamojskie Stowarzyszenie Kulturalne >>Czerwony smok<<, którego laureatką NIE zostałam. Ostatnio sporo tego typu tekstów się zbiera, ale nie wygrywa ten, kto nie próbuje, więc nie ma co się poddawać. Dzięki temu mogę pozwolić sobie na tę odrobinę lenistwa i zaprezentować Wam opowiadanie, które miało zachwycić jurorów wyżej wspomnianej rozgrywki.

piątek, 12 września 2014

Van Helsing i spółka, czyli różne oblicza znanych potworów

Żyjemy w czasach nieustannie lubujących się w rozpamiętywaniu i zachwycaniu się przeszłością. Dzięki prężnie rozwijającemu się nurtowi steampunku, ostatnio najbardziej popularna jest epoka wiktoriańską. W wyniku tego do łask wracają wszelkiego rodzaju gorsety, cylindry i fraki.

Jednak XIX-wieczna Anglia to nie tylko stylowy ubiór, damy i dżentelmeni na każdym kroku oraz genialni detektywi. To także śmierdzące fabryki, wszechobecna bieda, szerząca się prostytucja i choroby weneryczne. Wśród ubogich ludzi, dla których tak właśnie wyglądała codzienność, rozwinęło się zainteresowanie sprzedawanymi za pensa historiami w odcinkach, pełnymi zjaw, potworów, morderców i innych makabrycznych opowieści. Przez to też opowiastki te były określane jako „penny horrible” czy „penny dreadful”.

Pomimo upływu lat nie tracą na aktualności. To właśnie z nich czerpie współczesna popkultura, pragnąc przyciągnąć widza do kin i przed ekrany telewizorów. Niekiedy zaprezentowane postaci znacznie różnią się od oryginałów. Tworzą wręcz ich alternatywne odpowiedniki. Wiadomo przecież, że ilu scenarzystów, tyle różnych wersji i pomysłów na bohatera.


Mrożące krew w żyłach opowieści balansujące na granicy realności... nawet dziś je lubimy.

poniedziałek, 8 września 2014

"Dziki zgon" i "Sezon susz", czyli Wiedźmin wiecznie żywy

Od dłuższego już czasu po internecie krąży informacja o mającym powstać nowym filmie o Wiedźminie. Wśród wszystkich polskich miłośników tego tępiciela potworów wywołało to wręcz euforię, ponieważ do istnienia obecnej ekranizacji prozy Andrzeja Sapkowskiego aż wstyd się przyznać. Radość ta została jeszcze pogłębiona informacją, że produkcja ma powstać pod czujnym okiem Tomasza Bagińskiego! W końcu! Firma Platige Image potwierdziła tę informacje na swoim profilu na Facebooku. Wiadomo także, że będzie to film fabularny z aktorami. Już nie mogę się doczekać. I ja jako Mróz, rozanielona tą wiadomością, krążyłam sobie po świecie, przekazując dobrą nowinę każdemu, kto akurat się napatoczył, aż padło na mojego niewinnego współlokatora, niepotrafiącego zrozumieć z czego tu się cieszyć. Po głębszej rozmowie wyszło szydło z worka i okazało się, iż on nie ma pojęcia kto to jest Bagiński! Muszę przyznać, że mnie zmroziło. Facet, miłośnik gier komputerowych, do tego z zapędami na grafika, żeby nie wiedział KIM jest Bagiński!?! Kiedy przestałam się już hiperwentylować, mogłam mu w końcu wyjaśnić i wyłuszczyć jego ignorancję w tym temacie. Ponieważ jednak, o zgrozo, może nie być jedynym niewtajemniczonym, postanowiłam sklecić kilka słów w tym temacie.


Natchnienie zawdzięczam tej o to grafice

czwartek, 4 września 2014

"Nabij diabła, chmurę śmierci weź", czyli post absolutnie o niczym

Moi drodzy Czytelnicy. Kajam się dziś przed Wami prosząc o wybaczenie, gdyż moją skromną osobę całkowicie pochłonęła sesja poprawkowa i nie przygotowałam stosownego tematu na dzisiaj. Te ciągłe godziny kucia, poprzetykane były chwilami wytchnienia z subtelną awersją do słowa pisanego. Mózg mój nastawiony na wszelkie procesy poznawcze, zawiesił się podczas kolejnego czytania tych samych notatek, odmawiając współpracy przy tworzeniu kreatywnych tekstów. Jedyne, co na swą obronę mogę dodać to fakt, że udało mi się zaliczyć pierwszy z zaległych egzaminów. Co prawda czeka mnie kolejny, intensywny tydzień przygotowań na drugi, ale może czas będzie dla mnie nieco łaskawszy i postanowi wolniej płynąć. Nie mniej jednak słowo się rzekło i powinnam coś dziś napisać, gdyż obawiam się, że odpuszczenie sobie jednego wpisu z łatwością mogło by pociągnąć za sobą kolejne, a jest to ostatnia rzecz której bym chciała. Moje intensywnie pracujące szare komórki zaczęły nieco rozpaczać nad tym, że nic na dziś nie przygotowały. Rozbrzmiewająca gdzieś w myślach piosenka "Teksański" sprawiła ich uparte krążenie wokół słówka "NIC", wywołując zabawne stwierdzenie, iż na piszę po prosty o NICZYM.


Dziś motywem przewodnim jest piosenka udowadniająca, że można stworzyć tekst o NICZYM, który jednak COŚ mówi.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Walcz, módl się i kochaj, czyli trzy książkowe wróżki i ich dary

Jak łatwo mogliście się zorientować, ja jako Mróz, uwielbiam czytać. Każda chwila, którą mogę poświęcić na spokojne zagłębienie się w lekturze, jest dla mnie na wagę złota, dlatego też nauczyłam się je cenić jak żadne inne. Może z wyjątkiem momentów spędzonych z moim kochanym Khalem i najmilszą Baiken, gdyż przy nich bledną nawet najlepsze teksty. Poza spotkaniem z nimi, nie ma nic lepszego niż popołudnie z dobrą powieścią. Szczególnie, gdy włącza się mi się mój aspołeczny tryb, kiedy to denerwuje mnie każdy, kto nie jest bohaterem literackim. Zawijam się wtedy w ciepły koc ("kocyk nie pyta, kocyk rozumie") i, z gorącą herbatą pod ręką, czytam ile się da, dopóki podły nastrój mi nie przejdzie. Nie zawsze tak było. W podstawówce składanie literek sprawiało mi nie lada problem, i, jeśli długo nie ćwiczyłam czytanek w domu, wcale nie wychodziło tak płynnie, jakby życzyli sobie tego nauczyciele. Nie wiem, kiedy tak naprawdę książki mnie wciągnęły. Podejrzewam, że mogło mieć to coś wspólnego z faktem, iż rodzice nie mieli czasu czytać nam bajek, więc trzeba było sobie jakoś poradzić samemu. Pamiętam za to pierwszą książeczkę, przeczytaną przeze mnie całkowicie samodzielnie, od deski do deski. Było to "101 dalmatyńczyków" z ilustracjami prosto z filmu Disney'a. Było to raptem kilka kartek, bardziej wypełnionych barwnymi rysunkami niż tekstem, jednak dla ówczesnej mnie, był to nie lada wyczyn. Za nią, poszły kolejne, a wraz z nimi zrozumienie, że czytając, nigdy nie będę sama. I tak mi już zostało. Do tej pory z pewnością przeczytałam więcej tomów, niż statystyczny Polak przez całe życie. Być może wyrobiłam już normę za trzech. Ile by ich nie było, bez wątpienia miały wielki wpływ na to, kim jestem obecnie, jednak tylko trzy z nich, na zawsze pozostanie moimi dobrymi wróżkami, które we właściwym miejscu i czasie, obdarzyły mnie swoimi darami.


Na szczęście moje wróżki są bardziej ogarnięte niż te, które zajmowały się Aurorą

środa, 27 sierpnia 2014

Zaskakująco mroczny Disney, czyli co Mróz wygrzebała w internecie

Bardzo lubię budzić się wcześnie. Może to brzmieć nieco dziwnie, szczególnie biorąc pod uwagę moje problemy z porannym wstawaniem i ogólne zamiłowanie do właściwej ilości snu, ale to jedna z tych rzeczy, którym zwyczajnie nie da się zaprzeczyć. Często, mając świadomość, że przed zajęciami mogłabym pospać godzinę dłużej, ja jako Mróz, specjalnie wstaje wcześniej. Ma to związek z moją celebracją śniadania, ponieważ nic tak nie wpływa na cały dzień, jak jego właściwe rozpoczęcie. Gdy już uporam się z kanapkami, przychodzi czas na herbaciane czytanie. Polega to na tym, iż szukam w internecie tekstu, który starczy mi na spokojne dopicie filiżanki earl grey'a (lub innych fusów, które akurat sobie zaparzę). Tak właśnie natrafiłam zbiór kadrów przedstawiających zapomniane księżniczki Disney'a. Szczycę się faktem, że znam albo przynajmniej kojarzę zdecydowaną większą część jego animacji, dlatego też przedstawione postaci były mi dobrze znane i wcale nie dziwił mnie wybór autora artykułu. To jednak zmieniło się w momencie, gdy dotarłam do grafiki z księżniczką Eilonwy z bajki "Taran i magiczny kocioł". Co? Też pierwsze słyszycie? Na szczęście internet jest pełen różnych informacji, trzeba tylko wiedzieć jak ich szukać. W ten sposób odkryłam chyba pierwszą, silną i niezależną królewnę z wytwórni Myszki Miki, a co ciekawsze, naprawdę mroczną i ciekawą animację, o której za raz Wam wszystko opowiem.


Już sam plakat sugeruje, że nie powinniśmy się spodziewać zbyt wielu przesłodzonych scen.

sobota, 23 sierpnia 2014

Mister mokrego podkoszulka, czyli charytatywne lanie wody

Wakacje, przez ludzi pałających się szeroko pojętym dziennikarstwem, zwykły być określane mianem 'sezonu ogórkowego', w którym to nic ciekawego się nie dzieje. Świat zdaje się przyhamowywać na ten krótki okres, po to, by wypocząć przed pracowitą jesienią. Wówczas mają prawo dojść do głosu projekty nieco mniej ambitne, skierowane w gusta fanów łaknących rozrywki. W ciągu ostatniego tygodnia, furorę w internecie robią filmiki gwiazd, celebrytów i innych popularnych ludzi, wylewających na siebie wiadra z wodą schłodzoną kostkami lodu w zdecydowanie słusznej ilości. Zainteresowałam się tą sprawą ze względu na obecność w znacznych ilości środków chłodzących, gdyż jak wiadomo, nazwisko zobowiązuje. Każda z nominowanych osób musi w ciągu dwudziestu czterech godzin wysłać w świat swoje, ociekające wodą wideo i przekazać pałeczkę kolejnym. Wszystko to ma na celu uzbieranie jak największej ilości pieniędzy na walkę z ALS (amyotrophic lateral sclerosis), czyli stwardnieniem zanikowym bocznym. Jak można się spodziewać, akcje tego typu, wywołują falę głosów aprobaty i krzyków sprzeciwu. Ja jako Mróz jestem od tego, by powiać  na nich wszystkich chłodem rozsądku i znaleźć stoicki środek całej sytuacji.


Jakby, ktoś miał wątpliwości to tak to właśnie wygląda.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Chłodny konkurs na gorące lato

Witajcie moi wierni czytacze. Powiało Chłodem już blisko trzy miesiące gnieździ się w internecie. Przez ten czas odwiedzaliście mnie, nabijając licznik wyświetleń. Dziś właśnie cyferki wskazały magiczną liczbę 1 444, która aktywowała zapowiadany już przeze mnie konkurs. O co dokładnie chodzi, za raz się dowiecie.


Nie, ten pan nie jest tu przypadkiem. Jego obecność jest ściśle związana z konkursem. Poza tym proszę o wybaczenie jakości zdjęcia. Mnie jako Mrozowi zachciało się rysować na formacie A3, którego, dostępny skaner zwyczajnie nie ogarnia, dlatego też musiałam posiłkować się aparatem. Na dość nietypowy kolor skóry też możecie narzekać do woli. Ten szalony odcień brązożółci jest wynikiem braku kredki o odpowiedniej barwie, a to i tak lepiej niż majtkowy róż, którym dysponowałam w alternatywie

piątek, 15 sierpnia 2014

Uśmiech skrywający smutek, czyli chłodna refleksja o życiu

Nic tak bardzo nie popycha nas w stronę życia jak bliskość śmierci. Nic innego też nie wzbudza w człowieku tylu refleksji. Jednego dnia publikujesz artykuł o filmach na niepogodę ducha, by parę godzin później dowiedzieć się, że depresja przyczyniła się do śmierci wspaniałego aktora. Może wy do swoich list wybraliście "Panią Doubtfire", "Hooka", "Jumanji" czy "Flubbera", po to by jego twarz, jego niesamowite poczucie humoru odganiały Wasze smutki. I co teraz? Jak teraz je oglądać, wiedząc, że człowiek, który je współtworzył, nie poradził sobie z własnymi demonami? Podziwiać go, za to, że wytrzymał tak długo, czy raczej potępiać za słabość? A co z pytaniami bez odpowiedzi na przykład, gdzie byli jego bliscy? Skoro wiedzieli o jego chorobie, dlaczego zostawili go samego? Może był tak dobrym aktorem, iż oszukał ich odnośnie swojego stanu? Mógł też oszukiwać samego siebie, uważając, że poradzi sobie ze wszystkim be niczyjej pomocy, a kiedy zrozumiał jak bardzo się myli, było już za późno.


poniedziałek, 11 sierpnia 2014

"Allways look on the bright side of life", czyli subiektywna lista filmów na niepogodę ducha

Każdego z nas czasem dopada chandra. Gorszy dzień, kiedy cały dobry humor z nas ulatuje i mało co jest nam go w stanie poprawić. Wszyscy to znamy. Blisko zaznajomione z tym są szczególnie kobiety, gdyż ten odmienny stan świadomości potrafi je nawiedzać przynajmniej raz w miesiącu. Niby to coś normalnego, jednak problem pojawia się, gdy brak wewnętrznego szczęści i zadowolenia z życia przedłuża się. Nie dość, że może to całkowicie uprzykrzyć nam istnienie, to jeszcze prawdopodobnie sprowadzi na nas ciężką chorobę, wtedy już tylko leki, terapie, grupy wsparcia. Nim do tego dojdzie, trzeba się nauczyć radzić sobie z gorszym nastrojem, znaleźć swoje niezawodne sposoby, które okażą się światełkiem w tunelu i to tym nienależącym do nadjeżdżającej lokomotywy. Chodzi głównie o odnalezienie rzeczy, pozwalających nam cieszyć się  niezależnie od sytuacji. Chcąc podzielić się z Wami, swoimi przemyśleniami w tym temacie, przedstawiam moją subiektywną listę filmów, uczących radości z życia.


Ten filmik nie wymaga komentarza

czwartek, 7 sierpnia 2014

Nie taki czytnik straszny, czyli słów kilka o erze ebooków

Wszystko się zmienia. Świat nieustannie gna do przodu, a nowe technologie zalewają świat wypierając stare, dobrze nam znane rzeczy. Gdy Gutenberg wynalazł prasę drukarską i ruchomą czcionkę, chciał tylko przyspieszyć pracę kopistom, a tym samym zmniejszyć cenę książek. Chyba nawet nie spodziewał się, jak bardzo jego wynalazek wpłynie na obraz współczesnego świata. Jednak, niczym kiedyś gliniane tabliczki, tak dziś papierowe księgi, powoli odchodzą do lamusa, by zostać zastąpione przez cyfrowe ciągi danych. Jest to proces długotrwały i jeszcze przez wiele kolejnych dziesięcioleci, powieści w formie połączonych, własnoręcznie przerzucanych kartek, nie znikną. Mimo to, już dziś daje się zauważyć wyraźny podział pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami e-booków. Może zamiast wciąż stawiać mury i podkreślać różnice udowadniające czyjąś wyższość, powinniśmy nauczyć się budować mosty i dochodzić do porozumienia w każdej dziedzinie naszego życia.


Postęp wymaga zmian, ale czy aby w każdej dziedzinie jest to właściwe?

niedziela, 3 sierpnia 2014

Dawno temu, w odległej galaktyce, czyli w tej bajce były smoki

Miała być przerwa. Wakacje i wieczorne chwile z książką. Chyba jednak nie potrafię odpoczywać od pisania. Miałam nie pisać recenzji, ale wręcz nie mogę się powstrzymać, żeby tego nie zrobić. Nie w tym wypadku. Chociaż to może bardziej los zadecydował, gdyż pozwolił mi dotrzeć do informacji, którą zapragnęłam się podzielić ze wszystkimi ludźmi. Na portalu Kawerna pojawiła się notka o tym, jakoby studio Warner Bros zakupiło prawa do całego cyklu książek Anne Mc Caffrey pt.: "Jeźdźcy smoków z Pern", przymierzając się tym samym do stworzenia wielkiej serii opartych na nich filmów! Potem, okazało się, że wcześniej ta nowina była dostępna na portalu Hatak, co skłoniło mnie rozpoczęcia jego obserwacji. Ale czyż to nie cudowne? Najlepsza saga o smokach jaką znam w końcu pojawi się w kinach! W tym momencie pojawiła się konsternacja. Przecież mało kto zna te historie. O ich istnieniu musiałam uświadamiać nawet znajomych fantastów, dziwiąc się jak bardzo wąski jest krąg fanów. Sytuacja przypominała mi tę sprzed wielkiego bumu na popularność "A Song of Ice and Fire". Znając te opowieści, węszę hit, jeśli nie na miarę "Games of Thrones", to przynajmniej zbliżony do sukcesu jaki odniósł "How to train your dragon", w zależności od tego jaką formę adaptacja przybierze i do kogo będzie skierowana. Stąd też moje postanowienie, by prozę tę Wam przybliżyć.


środa, 30 lipca 2014

Powiało refleksjami, czyli trzymiesięczne podsumowanie

Witajcie!
Jak już mogliście spostrzec, w wakacje znacznie spadła liczba wpisów opiniotwórczych, na rzecz przyjemniejszych, lżejszych, dużo krótszych i bardziej obrazkowych. Prawda jest taka, że choć w teorii ja jako Mróz, w przerwie pomiędzy semestrami powinnam mieć więcej czasu na swoje, małe projekty, to niestety tak nie jest. Nie zostawiłam sobie marginesu czasu na niespodziewane zlecenia, przez co dzisiejszy wpis wygląda tak a nie inaczej. Nie myślcie, że się obijam i o Was zapomniałam, co to, to nie. Zwyczajnie miałam bardzo pilne teksty do napisania, których termin wręcz dyszał mi w szyję. Co z nich wynikło, opowiem innym razem. Poza tym, kiedyś trzeba nadrobić choć kilka książkowych zaległości. Bloger też człowiek! Czymś żywić się musi! O serialach już nawet nie myślę. Ale nie martwcie się, na sierpień już przygotowuje kilka ciekawostek. Możecie też spodziewać się małego konkursu, ale to dopiero, gdy licznik wyświetleń osiągnie pewną magiczną i bardzo sugestywną liczbę. Zaglądajcie do mnie, a sami się o tym przekonacie. Oczywiście będą nagrody! A teraz przejdźmy do podsumowania!


Wiadomo jaki jest najlepszy sposób spędzania wakacji

sobota, 26 lipca 2014

Literackie spojrzenie Mroza - Druga trzydzieści dwie

Kolejne z moich opowiadań, również wybitnie krótkie. Jak się tak głębiej zastanowiłam, to dużo trudniej jest napisać coś krótkiego, co by było choć na tyle dobre i zaskakujące jak powieść. Jest to kolejna konkursowa historia. Tym razem zadanie polegało na tym, żeby odpowiedzieć na pytanie: "Co znajduję się za uchylonymi drzwiami?". W wyniku pewnego niedoczytania, stworzyłam powiastkę na mniej znaków niż powinnam (cztery razy mniej). Całość mogłaby być bardziej rozbudowana, gdyby nie moje gapiostwo, ale też nie wyszła by w tak niespodziewany sposób. Podobnie jak poprzednie, to również mogliście już czytać na Wypadkowej Przypadku, ale jak już pisałam, nie ma to jak własna strona. Również liczę na szczere opinie i Wasze komentarze.


"Cicho! Tylko nas nie wydaj!"

wtorek, 22 lipca 2014

"Ukarzę Was w imieniu Księżyca", czyli wielki powrót Sailor Moon

"Czarodziejka z Księżyca" była pierwszym anime z jakim się zetknęłam i na bardzo długi czas ukształtowało mój pogląd na tego typu animacje. Muszę przyznać, że jako dziecko zwyczajnie nie przepadałam za tą konkretną bajką. W moich gustach wówczas bardziej leżały pewne zmutowane myszy z Marsa i nie mniej normalne żółwie ninja. Jednak jak to często bywa w przypadku posiadaczy młodszego rodzeństwa, nie zawsze ogląda się to, na co ma się ochotę. W zawiązku z tym zapoznałam się ze wszystkimi pięcioma seriami przygód czarodziejki w marynarskim mundurku. Szczerze jednak mówiąc, nie wiele z nich pamiętam: urywki scen i bardzo ogólny zarys fabuły, którą przypominają mi karteczki z segregatora zbierane przez moją siostrę.

Od tamtej pory minęło sporo czasu, a mój gust filmowy uległ znacznej zmianie. Gdzieś przepadła wewnętrzna niechęć do anime i stopniowo, bardzo małymi kroczkami, niezwykle cierpliwi znajomi wprowadzili mnie w ten świat. Jednak najbardziej przyczynił się do tego mój drogi Khal, zaczynając zdania od: "Mam anime, które na pewno ci się spodoba. Musisz je obejrzeć!", a potem sukcesywnie oglądające ze mną kolejne odcinki. Z tak wypranym mózgiem i wpojonym lękiem przed psami w perukach, szykowałam się do obejrzenia "Czarodziejki z Księżyca", którą pamiętałam z dzieciństwa, tym razem jako dorosły odbiorca. Na taki właśnie grunt padła informacja o odnowieniu serii w postaci anime "Pretty Guardian Sailor Moon Crystal". Takiej okazji nie mogłam przegapić


piątek, 18 lipca 2014

Artystyczne spojrzenie na świat - Wszystkie smoki Mroza

Jak już pisałam wcześniej prezentuje Wam kolejne spojrzenie Mroza na świat. Tym razem nieco bardziej artystyczne. Poza pisaniem wręcz kocham rysować. Niestety jest to najbardziej zaniedbany aspekt mojej szeroko pojętej twórczości. Musiałam wybrać pomiędzy dwoma czasochłonnymi zainteresowaniami i padło na działalność literacką. Wybaczcie mi moje kredki! Ale za to odkryłam, iż prowadząc bloga, stałam się bardziej zdyscyplinowana! Marnuję zdecydowanie mniej czasu i lepiej go organizuje. Upatrzyłam w tym szansę dla moich ilustracji. Jeśli założę sobie, że raz w miesiącu wrzucę w ramach postu jeden z moich szkiców, to wyjdzie to z pożytkiem dla mnie, a i Wy będziecie mieli chwilę wytchnienia od ciągłego czytania moich przydługich tekstów. Żeby nie być gołosłownym, przygotowałam na dzisiaj kilka z moich starszych prac, aby pokazać Wam, jakich grafik możecie się po mnie spodziewać oraz by mieć wgląd w ewolucję mojego stylu. Miłego oglądania!


Wiewiórki są podobne do smoków, szczególnie gdy gromadzą orzechy niczym skarby. A gdyby tak powstała szalona bajka na ten temat? Przykładowa ilustracja jaka mogłaby ją zobrazować.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Literacki Oscar fantastów polskich, czyli rzecz o nagrodzie Zajdla

W literackim półświatku fantastyki powoli się gotuje. O to pojawiły się nominacje do jednej z najstarszych i najpopularniejszych polskich nagród  dla pisarzy reprezentujących ten konkretny gatunek literacki. Wielkimi krokami zbliża się także Polcon, na którym to poznamy zwycięzców tego corocznego plebiscytu. Tym razem jednak, dzięki uprzejmości autorów i pracy wielu innych ludzi powstał bezpłatny e-book, zawierający wszystkie nominowane opowiadania, dostępny do pobrania na stronie organizatorów (z powieściami trzeba sobie radzić na własną rękę). Dzięki temu każdy może się z nimi zapoznać i wybrać swojego faworyta. Ale za nim o mianowanych historiach, słów kilka o samej nagrodzie.


W 1984 r., na jednym z tych tajemniczych łódzkich spotkań, istniejące wówczas kluby miłośników szeroko pojętej fantastyki, ogłosiły powstanie Nagrody Fandomu Polskiego - Sfinksa. Miała być ona przyznawana za najlepszy polski utwór wydany w poprzedzającym nominacje roku kalendarzowym. Po raz pierwszy została przyznana na Polconie w Błażejewku w 1985 roku. Trofeum to trafiło wówczas do Janusza Zajdla za powieść "Paradyzja". Autor jednak zmarł kilka miesięcy przed ogłoszeniem wyników, dlatego też wyróżnienie odebrała jego żona, tyle że rok później. Wówczas twórcy postanowili zmienić swojego patrona i od tamtej pory Nagroda Fandomu Polskiego nosi imię Janusza Zajdla.


Nagroda w postaci zaprojektowanej przez Wiesława Bielaka, jest przyznawana od 1991 roku.

czwartek, 10 lipca 2014

Literackie spojrzenie Mroza - Ostatnia przygoda

Jak już wspominałam, w lipcu, chcąc poszerzyć horyzonty blogowe, chciałabym Wam przedstawić inna stronę mnie jako Mroza. Jakby na to nie patrzeć piszę! I to całkiem sporo, jeśli barć pod uwagę statystycznego człowieka, ale jak dobrze wiemy taka istota nie istnieje. W każdym razie obok nieco zwariowanych artykułów, które z przymrużeniem oka można nazwać "felietonami", zdarza mi się również napisać coś co miewa fabułę i jakichś bohaterów. Dziś będziecie mieli okazje przeczytać moje naprawdę krótkie opowiadanie, więc powinniście się cieszyć, to zajmie Wam dosłownie chwilkę. Część z Was pewnie miała okazje przeczytać je na Wypadkowej Przypadku, ale to nie to samo, co własnoręcznie promowany blog. Opowiadanie powstało na konkurs, którego motywem przewodnim miała być śmierć Robin Hooda. Organizatorzy narzucili również rozmiar historii, ograniczając pomysłowość autorów do trzech tysięcy znaków. Mogłoby się wydawać, że nie da się napisać dobrej historii, mając do dyspozycji tak niewiele liter, ale myślę, iż wyszło mi to całkiem zgrabnie. Jakby nie było to i tak zapraszam do czytania i wyrażania głośno swoich opinii. 


"Miał dawać biednym, a zabierać bogatym, ale zapomniał o tym, bo musiał pilnie pobawić się kłębkiem wełny"

niedziela, 6 lipca 2014

Między smokiem a prawdą, czyli jak to ze smokami było

Wielkie cielsko pokryte łuską, długie łapy z ostrymi pazurami i para olbrzymich, błoniastych skrzydeł, do tego paszcza pełna przerażających zębisk, z której co rusz unoszą się smużki dymu i języki ognia. Tak współcześni ludzie wyobrażają sobie smoki. Mimo że obecnie ich wizerunek został już nieco ocieplony, przez lata pobudzały fantazję pisarzy jako jedne z najbardziej niebezpiecznych istot zamieszkujących naszą planetę. Czy legendy o tych latających gadach zawierają w sobie choć ziarno prawdy? Nasi przodkowie wierzyli, że tak.


Istniały czy nie istniały? O to jest pytanie!

środa, 2 lipca 2014

Dziwna ona i ich dwóch, czyli literacki tercet młodzieżowy

Od czasów pojawienia się na rynku Harry'ego Pottera, współczesna literatura  lubuje się w trójkątach. Dostajemy głównego bohatera, jego najlepszego kumpla i jakąś dziewczynę do towarzystwa. Przy czym z góry wiadomo, że pomiędzy nią a jednym z chłopaków wynikną jakieś animozje. Taki schemat mogliśmy odnaleźć także we włoskiej sadze Ulysses Moore", czy nie tak dawno zekranizowanym Percym Jacksonie albo polska seria "Felix, Net i Nika". Wszystko byłoby w porządku, gdyby po drodze nie pojawił się "Zmierzch", przerabiając ten trójkowy schemat na swoją modłę. W ten sposób otrzymaliśmy serię książek dla "młodzieży" opartych w gruncie rzeczy na tym samym schemacie. Dostajemy lepiej lub gorzej opisaną bohaterkę, posiadającą jakieś niezwykłe umiejętności i wyróżniającą się na tle pozostałych nastolatek, oraz dwóch pretendentów, starających się  jej względy. przy czym jeden musi być koniecznie w typie buntownika, do którego będzie się skłaniać serce głównej bohaterki. Drugi natomiast to dobry chłopak z sąsiedztwa usadzony w friend zonie. Pozostałe wydarzenia tak naprawdę nie mają znaczenia, gdyż liczy się tylko "prawdziwa" miłość.


Od tego wszystko się zaczęło. Wielki "bum" na historie o tym, jak ważne jest posiadanie chłopaka

sobota, 28 czerwca 2014

Piwo z przeszłości, czyli spacer po nieistniejących Kielcach

Powiało Chłodem na najbliższy miesiąc zmienia swoją kwaterę główną. Z Centralnej Polski zmierzam na południe, w bardziej górzyste rejony. Podążam wprost do moich ukochanych Kielc, które mimo licznych wad, uwielbiam. Pewnie mają na to wpływ wszechobecne góry, stanowiące po płaskiej Łodzi, niezwykle miłą odmianę. Chodź moje studenckie mieszkanie zapewnia mi wspaniała zachody słońca  rodem z krańca świata, to jednak w mym rodzinnym mieście są miejsc, do których jestem niesamowicie przywiązana. Wbrew położeniu geograficznemu, one też przywodzą na myśl koniec ziemi, choć ten nieco bardziej zapomniany. Od czasu mojego wyjazdu na studia Kielce sporo się zmieniły. Część moich ulubionych "miejscówek" pochłonęły remonty, mając uczynić serce Świętokrzyskiego piękniejszym. W związku z tym, że wszystko się zmienia, a ja mam ostatnimi czasy nieco bardziej refleksyjny nastrój, chciałabym Was zaprosić na piwo do kieleckich pubów, które lubiłam odwiedzać, a nieubłagany czas (i bardziej przyziemne elementy) spowodowały ich zamknięcie.


Po pierwsze smoków się nie zabija, bo to ginący gatunek, a po drugie nie mogłam się oprzeć temu zacnemu sloganowi.

wtorek, 24 czerwca 2014

Stare, ale jare, czyli Batman wyciągnięty z lamusa

Często zdarza mi się odkurzać starocie, czy to w postaci dawno nie widzianych filmów czy długo nieczytanych książek. Odgrzewanie rzeczy, które się zna, ma w sobie specyficzny urok, gdyż pozwala nam dostrzec elementy niewidoczne przy pierwszym, a nawet przy drugim podejściu. Poza tym nie da się nie zauważyć zmiany w postrzeganiu filmu/książki/wydarzenia mając lat naście a mając lat dzieścia. Dlatego też, wiedziona sentymentalnym impulsem, postanowiłam przypomnieć sobie "starego" Batmana w reżyserii Tima Burtona. Przez długi czas był to mój ulubiony film o mścicielu z Gotham, mimo pojawienia się w kinach remake'u Nolana (o ile "remake" to dobre określenie). Mogło to wynikać z faktu, że nie lubię, kiedy "poprawia się" bohaterów mojego dzieciństwa. Choć w miarę upływu lat zdołałam lepiej zrozumieć i docenić kreację Bale'a, to wcale nie zmniejszyło to mojej sympatii do Michela Keatona, a przypomnienie tej roli, po tylu latach, tylko ją umocniło.


Uwaga moi mili, Mroczny Rycerz czuwa.

piątek, 20 czerwca 2014

Biały kruk wśród mężczyzn, czyli Książę z Bajki na wyginięciu

O to on. Chłopak - romantyk. Przepuści kobietę w drzwiach, z galanterią pocałuje w rękę, zaprosi na romantyczną kolację lub sam ją przygotuje, przyniesie kwiaty, zaskoczy drobiazgiem. Mężczyzna tak niesamowity, że jego istnienie jest wręcz nieprawdopodobne. Stwierdzicie, iż tacy odeszli wraz z poprzednią epoką, a historie o ich istnieniu można włożyć między bajki. Będziecie się śmiać, że naczytałam się baśni dla dzieci, ale w skrytości ducha wrócicie do tego obrazu. Przecież znamy te same opowieści. Dżentelmeni, w przeciwieństwie do jednorożców,  istnieli naprawdę. Powiem więcej, wciąż można ich spotkać, ale powoli stają się gatunkiem ginącym. Wstyd się przyznać, ale w dużej mierze przyczyniły się do tego kobiety. Dziś opowiem Wam historie trzech chłopaków: Wojtka, Kuby i Daniela, które pokażą, iż facet niekoniecznie to świnia, ale za to wszyscy trzej nie raz żałowali, że nie zachowywali się właśnie tak.


Romantyk zawsze wyróżni się w tłumie

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Wydawnicza walka o przetrwanie, czyli ciężki los pisarza (nie)popularnego

Wchodząc do księgarni czy antykwariatu i wybierając sobie książkę, nie zdajemy sobie sprawy, że za jej wydaniem kryje się nieustająca walka, najpierw pisarza o uwagę wydawcy, a następnie ich obu o zainteresowanie czytelnika. Żyjemy w czasach, kiedy każdy może publikować swoje wypociny, czy to w internecie czy w druku (oczywiście posiadając odpowiedni kapitał), ale zostanie pisarzem z prawdziwego zdarzenia jest już domeną nielicznych. Bardzo często ludziom się wydaje, iż to nic trudnego, stworzyć powieść. Siada się i pisze. Niestety to takie proste nie jest. Nie ma co porównywać tego z pracą na budowie, w kopalni czy na polu, ale zarabianie na twórczości literackiej do lekkiego chleba nie należy. Oprócz umiejętności ciekawego pisania, co samo w sobie do łatwych nie należy, trzeba być też niezwykle pomysłowym. Współczesny czytelnik, dzięki globalnej sieci, czytał i widział już wszystko, więc stworzenie czegoś, co go zaskoczy jest nie lada wyzwaniem. Jakby tego było mało, bez olbrzymiej marketingowej roboty się nie obędzie. Wieść o najnowszej publikacji musi dotrzeć do jak największego grona odbiorców i to na tyle interesująco, by zapamiętali nazwisko autora. W świecie powszechnej elektronizacji i jak najkrótszych treści oblepionych jak największą ilością zdjęć, jest to zarówno dla pisarzy jak i wydawców, trudny bój o przetrwanie, walka o każdego, nawet pojedynczego czytelnika.


Pisarze imają się naprawdę różnych rzeczy, żeby ich zawód nie stał się wymarłym i wciąż prezentował wysoki poziom kultury. Co prawda nie wszyscy i nie zawsze, ale każdy jakoś chce przetrwać

czwartek, 12 czerwca 2014

Filmowy poradnik kulinarny, czyli jak Mróz nauczyła się gotować

Nie da się ukryć, że ja jako Mróz gotować potrafię. Według co poniektórych nawet bardzo dobrze. Nie uczęszczałam przy tym na żadne kursy, nie licząc tych prywatnych, w kuchni mojego rodzinnego domu. Tam właśnie produkowałam swoje pierwsze przypalone schabowe i niewyrośnięte biszkopty. Od tamtego czasu zdążyłam już nabyć nieco doświadczenia. Jakby nie było minęło piętnaście lat od kiedy pierwszy raz "pilnowałam" kotleta. Co tu dużo ukrywać, polubiłam gotowanie, a jeszcze bardziej reakcje ludzi po sutym posiłku, który był moim dziełem. W końcu niewiele rzeczy tak poprawia humor jak dobre jedzenie. Okres najintensywniejszego rozwoju moich umiejętności kulinarnych, przypada oczywiście na czas studiów, kiedy to zamiast pichcić to co sobie w domu zażyczą, mogłam przygotowywać to na co miałam ochotę, mieszając różne składniki, bez słyszenia nad głową: "Nie, nie dodawaj tego", "Nie lubię tego", "Nie zjem tego". Musicie przyznać, że wyrwanie się spod takiego reżimu dodaje skrzydeł.

Tak jak lubię gotować, tak też darzę niemałą sympatią wszystkie filmy z motywem kulinarnym, nie tylko pogłębiające we mnie to zamiłowanie, ale i uczące nowych, niekiedy bardzo przydatnych sztuczek lub po prostu pokazujące inne spojrzenie na kucharzenie. Nie mam tu oczywiście na myśli programów Gordona Ramsey'a czy Magdy Gessler, których głównym założeniem jest wyzywanie ludzi w szczególnie barwny sposób. Chodzi mi o te niekiedy proste historie z pitraszeniem w tle, jednak na tyle wyraźnym, że jego brak odbiłby się na sensie filmu. Wbrew pozorom takie opowieści bardzo dobrze uczą, jeśli tylko chwilę się nad nimi zastanowić.

Co tam, że nie wychodzi. Trzeba próbować dalej!

niedziela, 8 czerwca 2014

Mroczna randka w ciemno, czyli kochajmy czarne charaktery

Mity i legendy dawnych lat nauczyły nas, że heros pokonuje zło, ratuje niewiastę i razem odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca, żyjąc potem długo i szczęśliwie. Ewentualnie kończą tragicznie, po to by miłość mogła ich zjednoczyć po śmierci. Nikt nie zastanawia się jednak dzięki komu tak się dzieje. Wszystko to za sprawą najlepszych swatów na świcie, którzy nie dbając o własne szczęśliwe pożycie, łączą w pary nawet najbardziej skrajnie niedobrane osoby. Czy Han Solo kiedykolwiek poznałby księżniczkę Leię, gdyby nie kosmiczna awantura wywołana przez Dartha Vadera? Szczerze w to wątpię. Bez dobrze dobranego antagonisty, nie byłoby happy endu! Niestety oni sami bardzo często pozostają samotni, choć potrafią być dużo bardziej interesujący od naznaczonych piętnem prawości bohaterów. W myśl zasady "kochać każdy może" i "w każdym znajdzie się coś dobrego (wyjątkiem jest Joffrey, on jest po prostu zły), postanowiłam pomóc im w znalezieniu drugiej połówki. Dlatego też, niczym tajemnicza Edyta z mitycznej "Randki w ciemno", zaprezentuję Wam sylwetki kilku kandydatów, których zimne serca czekają na ogrzanie. 


I ta chwila niepewności, kto znajdzie się za parawanem. Przewijajcie tekst powoli, będzie większa zabawa :)

środa, 4 czerwca 2014

Przyczajona szpilka, ukryty glan, czyli odwieczna wojna obuwnicza

Od lat, kobiety na całym świecie, dzieli jeden, niemalże odwieczny spór, który momentami urasta do rangi wojny. Jest to swoista walka pomiędzy praktycznym podejściem a potrzebą piękna. Scysja pomiędzy wyzwoleniem a uprzedmiotowieniem kobiety. Ogólnoświatowa awantura, gdzie jedynymi zwycięzcami, jak zwykle z resztą, są wielkie koncerny, zarabiające na próżności obydwu stron. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie buty, a właściwie ich różnorodność i pewna przesadność twórców. Płeć piękna na całym globie, została przez to podzielona na dwie frakcje: miłośniczek wygody, ciężkim butem wojujących o swoje prawa, oraz zwolenniczek elegancji, z pogardą patrzących na wszelkie przejawy ubraniowej niesubordynacji. Niczym wytrawny korespondent wojenny, ja jako Mróz, rzuciłam się w sam środek tego chaosu, próbując dociec, które z oponentek mają więcej racji. Nie zważając na niewygody i otarcia, oraz groźby skręconych kostek, przez lata testowałam różne rodzaje obuwia, by w końcu móc Wam przekazać swoje chłodne spostrzeżenia.


Rozwiązywanie dylematów jest trudne, ale coś na to poradzimy. Praca autorstwa ania18300, której resztę dzieł można znaleźć pod tym linkiem Galeria ania18300