Ci, którzy w miarę regularnie czytują sobie niniejszego bloga, zdają sobie sprawę, że mam pewien problem z twórczością Jakuba Ćwieka. Dla niewtajemniczonych piszę, iż chodzi o to, że nie przepadam za jego powieściami. Oczywiście płakałam czytając "Świetlika w ciemnościach", a "Grimm City. Wilk!" nawet przypadło mi do gustu, ale jego sztandarowych "Chłopców" zwyczajnie nie trawię, a cykl o Kłamcy wypada w stosunku 2:3 na niekorzyść autora. W porządku, nie wszystkich autorów trzeba lubić i czytać, ale mój "problem" polega na tym, że ja bardzo chciałabym polubić twórczość Ćwieka, ponieważ bardzo lubię go jako człowieka. Na każdym konwencie chodzę na jego panele, jak mam okazję to łażę na spotkania autorskie, bo ma się wówczas szansę obcowania z niesamowitą charyzmą Kuby. Zawsze podziwiam jego pomysłowość, zaangażowanie i energię z jaką opowiada o wszystkich swoich projektach. I fakt, właśnie tej energii mu zazdroszczę. Z tych właśnie spotkań wyniosłam przekonanie, że Ćwiekowi najlepiej wychodzi opowiadanie o samym sobie. Dlatego też niemal rzuciłam się na "Stany POP-świadomości", gdy znalazłam je na Krakowskich Targach Książki. Przecież opowiada w niej podróży po Stanach! Co z tą książką mogło być nie tak, by nie stała się moim ulubionym tytułem pióra Jakuba Ćwieka? No właśnie.
Och, jak bardzo chciałam, żeby to było dobre...

