wtorek, 7 sierpnia 2018

Jesienny bluszcz - zapowiedź

Jeśli spodobała Wam się historia Julii-Anny Motylskiej z książki "Sonata dla Motyla" Magdaleny Kubasiewicz, to mam dla Was dobrą wiadomość. Już 4 września ukaże się jej kontynuacja zatytułowana "Jesienny bluszcz". Dla przypomnienia, podrzucam Wam link do recenzji Sonaty i krótki opis, który nieco przybliży nam fabułę drugiej części. Na moją opinię również możecie liczyć, więc pozostawajcie czujni.

niedziela, 10 czerwca 2018

Fantastycznie chłodna prasówka - NF 06/2018

Słońce świeci, lato w pełni, nic tylko brać urlopy, odpalać grille i cieszyć się tą niesamowitym klimatem na świeżym powietrzu. Tramwaje zaczynają wonieć własną aurą, w teorii szczęśliwi ludzie defekują gdzie popadnie, bo temperatura nie grozi odmrożeniem narządów, a zewsząd dobiega ryk kosiarek, skutkujący u mnie takim katarem siennym, że żaden makijaż nie wchodzi w grę. Chyba że zamierzam zwiększyć liczebność okolicznych pandarynów, choć jako cosplayerka. Nie żebym nie lubiła lata, ale pocenie się przy wykonywaniu normalnych czynności zakrawa na karę z nieba. Poza tym w takim stanie ciężko się myśli. Człowiek w zasadzie chciałby tylko leżeć w cieniu i rozkoszować się lekturą w połączeniu ze smakiem mrożonej kawy czy herbaty. Jeśli macie czas i dogodną lokacje to zachęcam do rozłożenia się tak z najnowszym numerem Nowej Fantastyki. Jest w nim kilka rzeczy, z którymi naprawdę warto się zapoznać. 
Różalskocepcja?

niedziela, 13 maja 2018

Opowieść o wegańskim szopie, czyli Mróz a recenzja kosmetyków

Potrzeba zadbania o siebie jest identyczna u wszystkich kobiet nie wyłączając nerdek czy geeczek. I o ile makijażem, dodatkami czy ubraniami można dać upust swojej fandomowej miłości, o tyle w przypadku kosmetyków do pielęgnacji nie jest już to tak oczywiste (chyba, że mieszkamy w Japonii i lubimy Hello Kitty albo Czarodziejkę z Księżyca. Z resztą tam wszystko jest możliwe). Na Warszawskich targach Fantastyki udało mi się dopchać do stoiska Soap Szop, na którym mój wzrok przyciągnęło małe pudełeczko (jak się potem okazało z mydłem) z napisem Kanadyjski Rosomak. No cóż, niewiele potrzebowałam, żeby skojarzyć tę nazwę z odpowiednim komiksem Marvela i nie uśmiechnąć się, ponieważ spodziewałam się zapachu potu, stali (adamantium) i krwi moich wrogów, dostając w zamian intensywnie leśny, sosnowy aromat. I choć hasło “Vegan, nerdy, awsome” działało na mnie w sposób dość sprzeczny (dostaje alergii konsumenckiej na wszystkie wegańskie artykuły), postanowiłam nabyć mus do ciała o nazwie Yenneffer (zgadnijcie jak mógł pachnieć). 
To tylko część kosmetyków, bo Mysza była nimi aż za bardzo zainteresowana.

niedziela, 6 maja 2018

Fantastycznie chłodna prasówka - NF 05/2018

Początek maja uderzył w nas wiosennym latem. Ciepło słonecznych promieni rozleniwia z jednej strony a z drugiej zmusza do wyjścia, zachłyśnięcia się pogodą i radością, że zimy już nie ma. choć z drugiej strony powoli znów, niemal podskórnie czuć nadchodzące upały. Ale póki one nie nastąpiły, zwyczajnie można się cieszyć idealną aurą. Przynajmniej dla mej skromnej osoby. Teraz wystarczyłoby posiadać kawałek własnego ogródka, hamak bądź też leżak i oddawać błogiemu lenistwu z książką bądź gazetą w tle. Jeśli nie wiecie, co wybrać, z przyjemnością polecę Wam majowy numer Nowej Fantastyki. I wiem, że choć z okładki straszy pewien fioletowoskóry właściciel amerykańskiego lombardu z błyszczącym gadżetem wygrzebanym na pchlim targu, wnętrze ma się dużo lepiej. 
Trudno jest czytać Nową Fantastykę, gdy kot się do niej dostawia

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

WatchGamer, czyli o grach, które przeszłam bez dotykania pada

Kiedy byłam dzieckiem, komputery stanowiły towar epicko wręcz deficytowy (może jest w tym nieco przesady, ale z mojej perspektywy był to sprzęt nieosiągalny). Jednak tak się złożyło, że kilku małolatom z mojego otoczenia udało się być posiadaczami tego cuda. Oczywiście zaczęły się wycieczki, które zazwyczaj kończyły się łaskawym pozwoleniem w stylu “Możesz patrzeć jak gram”, co oczywiście mało komu wystarczało. W tym czasie moja mama pragnąc uszczęśliwić swe pociechy, kupiła mnie i mojej siostrze jedną z tych chińskich podróbek Pegazusa o wdzięcznej nazwie PolyStation oraz kartridż z milionem gier, które miały pocieszyć marudzące dzieci. Jak się można było domyśleć “milion gier” było drobnym przekrętem producentów, ale te kilka było całkowicie wystarczających jak na nasze potrzeby. Gorzej było z padami, ponieważ choć dwa, nie pozwalały na zabawę równocześnie, więc każda z nas musiała tak czy siak czekać na swoją kolej (każdy, kto miał rodzeństwo w zbliżonym wieku, wie jak bardzo niemożliwym to momentami jest). Szybko okazało się, że tata jest najlepszym graczem w strzelanki i Tetrisa, a siostra królowała w Mario. Zwycięstwo w olimpiadzie zaś zależało akurat od tego, komu udało się dopaść wymienionego pada, który w magiczny sposób pozwalał na kosmiczne bicie wszelkich rekordów. Jeśli więc chciałam być częścią spektakularnej wygranej, mogłam jedynie patrzeć. 
Nie powiecie mi, że patrząc na te grafikę nie słyszycie tej charakterystycznej melodyjki.