Po licznych trudach i przebojach, udało mi się w końcu dotrzeć do tego spokojniejszego czasu, jakim na studiach jest pisanie magisterki. W ramach zagospodarowania swojego czasu wolnego, którego nagle zrobiło się pięć razy więcej niż dotychczas, "bawię" się w Alchemika na Zielarstwie. Nieuchronnie zbliżający się koniec mojej już nieco przydługiej edukacji, wymusza na mnie pewne refleksyjne rozważania. Nieubłaganie zbliżam się do finału dość znaczącego etapu w moim życiu i wartałoby się zastanowić, czego przez ten czas się nauczyłam. Oczywiście ostatnie cztery i pół roku nie robiłam nic poza zdobywaniem wiedzy, jakże niezbędnej w dumnym zawodzie farmaceuty. Znam więc wzór na oranż metylowy, wszystkie substancje czynne występujące w rumianku, rozmiar filtrów HEPA służących do wyjaławiania powietrza oraz wiem, że dosłownie każdy lek może wywołać nudności, wymioty, biegunki (objawy nazywane przeze mnie "Złotą triadą przewodu pokarmowego"). Jak widać są to same absolutnie niezbędne rzeczy. Oprócz mniej lub bardziej częstego uczęszczania na zajęcia, starałam się wieść życie normalnego studenta z innego miasta, przy czym moje przygody mieszkaniowo-lokatorskie można by opisać w zupełnie odrębnym wpisie. Zmierzam jednak do tego, że przebywałam w tym czasie z dala od domu rodzinnego, przeważnie zdana na siebie. Nie martwcie się na zapas. Nie szykuję Wam opowieści o pierwszej przypalonej zupie, przygodach z buntowniczą pralką czy bólach związanych z niewłaściwym gospodarowaniem finansami. Umiejętności, pozwalające mi na samodzielne życie w innym mieście, nabyłam już dawno temu. Opowiem Wam jednak o przemyśleniach, których prawdziwość musiałam odczuć na własnej skórze.
Taka kwintesencja.




