Kiedy wyjeżdżałam na studia do Łodzi, miałam już w Kielcach swoje ulubione miejsca do spędzania czasu, najwygodniejsze ścieżki na spacery, klimatyczne knajpki i puby, najcieplejsze murki do czytania książek, czy też osłonięte od ludzkiego wzroku "miejscówki specjalne". Rzadkie powroty do domu i zwykle zajęte weekendy sprawiały, iż nie odwiedzałam ich tak często, jak bym tego chciała. Gdy nadchodziły kolejne wakacje, z przykrością odkrywałam, że "moje miejsca" już nie istnieją, albo kolejne remonty zmieniły je nie do poznania. Miasto ewoluowało w coś, czego do końca nie rozumiem. Nie mówię, że to źle, po prostu tęsknię za niektórymi lokacjami ze względu na całą masę ciepłych wspomnień z nimi związanych. Ale o tym pisałam Wam w poście "Piwo z przeszłości". Jednak pewne miejsca zmieniły się tak, że dech zapiera ze zdziwienia i człowiek zwyczajnie nie może wyjść z zachwytu. Tak było chociażby, gdy w zasadzie po latach odwiedziłam w końcu zamek w Chęcinach. Metamorfoza jaką przeszedł jest wręcz zdumiewająca. I teraz także chciałabym Wam opowiedzieć o innym miejscu, które moim zdaniem przeistoczyło się w coś zachwycającego.
czwartek, 30 lipca 2015
sobota, 25 lipca 2015
Indi, James, poznajcie Owaina, czyli chłodny rzut okiem na "Malajski Excalibur"
Było dwóch męskich bohaterów kina akcji, do których nabyłam wielkiego sentymentu już we wczesnej młodości. Indiana i James. Jones i Bond. Duet idealny, który nigdy się nie spotkał. Mieli na mnie na tyle duży wpływ, że w gimnazjum stworzyłam dla nich na poły fantastyczną na poły awanturniczą przygodę, dorzucając im jeszcze hakerkę-złodziejkę do towarzystwa. Oczywiście całość wypełniały karkołomne wyczyny, wybuchy i tajne organizacje, a nad wszystkim czuwał "nieśmiertelny" Merlin. Tekst oczywiście był najeżony błędami gramatycznymi, stylistycznymi i logicznymi jak co poniektóre wypociny z "syf-publishingu", ale nie miałam zapędów publikacyjnych. Chciałam to po prostu napisać dla własnej przyjemności. Niemniej jednak chęć zapoznania się z podobnym połączeniem, tym razem stworzonym bardziej profesjonalnie, pozostała.
Okładka typu "photoshop rządzi i nie obchodzi mnie, że to widzisz."
piątek, 24 lipca 2015
Konkurs na opowiadanie
Hej, hej, hej moi zapaleni czytacze (i słuchacze, jeśli pamiętacie jeszcze moje prelekcje z konwentów). Jak zapewne zorientowaliście się po wnikliwej lekturze niniejszego bloga, oprócz pisania recenzji, artykułów, relacji specyficznych felietonów (z niezłym skutkiem) pisuję także teksty zawierające pewną ilość fabuły (ze skutkiem dość mizernym). Jak każdy aspirujący pisarz kombinuję i ciągle szukam sposobów na wypchnięcie moich "wypocin". Zgodnie z tym, co mówił Remigiusz Mróz w swoim "Kursie Pisania", najlepsze do tego są konkursy. I o jednym dowiedziałam się całkiem niedawno.
Wydawnictwo Genius Creations ogłosiło konkurs na opowiadanie fantastyczne. Dziesiątka szczęśliwców, którzy stworzą najlepsze teksty wyląduje w zaplanowanej na drugi kwartał 2016 roku antologii. Historie muszą zostać nadesłane do 31 października 2015 roku i wpasowywać się tematyką w myśl przewodnią antologii - Dobro złem czyń. Więcej informacji znajdziecie na stronie wydawnictwa. Czasu jest sporo, więc do piór pisarska braci i oby szczęście Wam sprzyjało!
poniedziałek, 20 lipca 2015
Świętokrzyskie wiedźmy i zbóje, czyli co mi się przydarzyło na Jagaconie
Swoją przygodę z konwentami zaczęłam z grubej rury, na swoje pierwsze uczestnictwo wybierając największą imprezę tego typu w Polsce - Pyrkon. Oczywiście z miejsca zachłysnęła się klimatem tego miejsca, ciesząc się, że w końcu znajduję się wśród ludzi, którzy myślą podobnie. Spotkania te były w pewien sposób uzależniające, i jak na dobry narkotyk przystało, chciałam ich więcej. Dlatego też, za każdym razem, gdy udało mi się odłożyć większą ilość gotówki, wyruszałam w Polskę, by ponownie poczuć to samo uniesienie i radość wynikłe z dzielenia wspólnych pasji. Tam już nie byłam "dziwna", tam byłam "swoja". Jednak zawsze towarzyszył mi jakiś wewnętrzny smutek wywołany myślą, że w moim mieście, w moim województwie nie ma konwentu. W pewnym momencie swego studenckiego życia usłyszałam o organizowanym w Suchedniowie Jagaconie, lecz było za późno na zmianę moich ówczesnych planów. Plując sobie w brodę niemiłosiernie, obiecywałam, że przyjadę w kolejnym roku. Nawet praktyki wakacyjne ustawiałam sobie na lipiec, żeby sierpień mieć wolny. A drugi Jagacon odbył się w lipcu... Ale jak to mawiają, do trzech razy sztuka. W tym roku z przyczyn finansowo-magisterskich nie mogłam być na Pyrkonie, lecz poskutkowało to tym silniejszym postanowieniem, że zaległości odbiję sobie na Jagaconie. No cóż, mój upór i cierpliwość zaczynają już być z lekka legendarne ;)
Wiem, że co poniektóre zdjęcia już widzieliście, ale jakoś nie chciało mi się polować na wszystkie cuda z aparatem. Wolałam chłonąć atmosferę konwentu :)
piątek, 17 lipca 2015
Pomagisterskie rozważania
Jak mogliście raczej bez trudu zauważyć, niemal żelazna systematyczność moich wpisów jest ostatnimi czasy dość mocno zachwiana. Jeśli wcześniej pozwalałam sobie na przerwy, to najdalej następnego dnia jak najszybciej nadrabiałam zaległości. A w zeszłym tygodniu w żaden znany mi sposób nie potrafiłam zmotywować się do pisania. Miałam szczęście, że zamkowa inspiracja była dość silna, ponieważ żaden tekst mógł się nie pojawić aż do tej pory. Oczywiście przyczyny takiego stanu rzeczy można dopatrywać się w zwyczajowym lenistwie, ale zasadniczo w ciągu ostatniego tygodnia nie stałam się bardziej osobą bardziej leniwą niż dotychczas. Skoro moja wewnętrzna leniwość się nie zwiększyła, co zatem może być tego przyczyną? Osobiście obstawiałabym niechęć do słowa własnoręcznie pisanego, potrzebę odpoczynku od pisania jako takiego, będącą bezpośrednim wynikiem tworzenia w bólach mojej magisterki.
Grafikę pozwoliłam sobie pożyczyć z tej stronki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


