Nie łatwo jest pisać książki. Różnorodność i ilość materiału, jaki trzeba ogarnąć, by rzeczowo oddać temat stanowi niezwykle wymagającą czasowo, ale integralną część procesu twórczego. A jeszcze wypadało by to wszystko ciekawie opowiedzieć i z głową rozplanować. Paradoksalnie historie dla dzieci tworzy się jeszcze trudniej. Trzeba w nich znaleźć ten bilans pomiędzy prostotą (ale broń borze szumiący prostactwem) dopasowaną do młodego wieku czytelnika, a fascynującą i urzekającą fabułą, która nie może być ani zbyt skomplikowana, ani zbyt głupia. Dzieci to też ludzie. Mniejsi, mniej wiedzący, ale to wcale nie znaczy, że głupsi (o czym czasami się zapomina). Po dłuższym zastanowieniu stwierdzam jednak, iż niemniej trudne zadanie stoi przed recenzentem takowej pozycji. Wydaje się to dużo bardziej wymagające, gdy ów recenzent, po pierwsze, nie jest w grupie docelowej czytelników, a dwa własnych dzieci nie posiada, więc nie ma na kim przetestować podobnego tekstu. Cóż, wówczas można jedynie spróbować i się mocno postarać.
poniedziałek, 27 kwietnia 2020
czwartek, 6 czerwca 2019
Powiało grozą, czyli Mróz a antologia "City 4"
Znacie mój stosunek do thrillerów, horrorów i szeroko pojętej grozy. Dla przypomnienia, z tego typu utworami zapoznaje się jedynie w słoneczne, sobotnie poranki, gdy Luby i Mysza wylegują się obok mnie. Co zatem skłoniło mnie do sięgnięcia po antologię City 4? Chyba fakt, że groza grozie nie równa, a wszystko zależy od tego, czego człowiek się boi. Poza tym kilka znajomych nazwisk (Podlewski, Vizvary, Kyrcz) pozwoliło założyć, że mam przed sobą całkiem zacne czytadło. Ale wiadomo jak to jest: “Jedna jaskółka wiosny nie czyni”, a duża ilość najróżniejszych twórców bywa zarówno zaletą, jak i wadą antologii. Szczególnie, że moja opinia może być tylko jedna.
niedziela, 3 lutego 2019
Chłodne wypominki - recenzje Mroza a znajomi pisarze
Kiedy byłam namiętnie czytającą nastolatką, spotkanie z z ulubionym pisarzem było dla mnie czymś bliskim objawieniu. Wychodziłam z założenia, że ktoś, kto tworzy moje ukochane książki, musi być niesamowicie sympatycznym człowiekiem. Oczywiście ten naiwny entuzjazm niemal całkowicie wyparował po moim pierwszym spotkaniu z ASem (które równocześnie było pierwszym spotkaniem z pisarzem w ogóle). Wówczas na długi, długi czas zrezygnowałam ze spotkań autorskich, wychodząc z założenia, że lepiej by autorzy pozostali tylko nazwiskami na okładce. Mniej rozczarowań miało ochronić moje niewinne serce przed bólem zawodu. I pewnie trzymałabym się tego do dziś, gdybym nie zaczęła jeździć na konwenty.
Dziś zdjęcia pożyczone. Przy każdym źródło.
środa, 23 stycznia 2019
O co Ci Mysza chodzi, czyli "O czym myślą koty"
Odkąd na stałe mieszkam w Łodzi, co roku staram się być na Międzynarodowym Festiwalu Komiksów. Ludzie z daleka przyjeżdżają zobaczyć coś, co ja mam praktycznie pod samym nosem, więc żal nie skorzystać. I, jakby nie patrzeć, lubię komiksy. Każdego roku też przygotowuję sobie listę tytułów, na które zamierzam polować i nigdy nie realizuję jej do końca. Często nawet wcale. Nie mniej i tak zawsze wydaję „miliony monet” na rzeczy, które mnie po prostu cieszą lub zaskakują. Największą niespodzianką ostatniego MFK była książka „O czym myślą koty” wydawnictwa Nasza Księgarnia. Kupiłam ją pod wpływem impulsu, ponieważ zaintrygowała mnie dwudziestostronicowa bibliografia, zwiastująca naukowe podejście do tematu. Poza tym miała to być pomoc w zrozumieniu mojej Myszy, zachowującej się w dość specyficzny sposób nawet jak na kota.
Ponieważ dziś tekst poświęcony kotom, cały wpis będą wypełniały zdjęcia Myszy.
piątek, 4 stycznia 2019
Fantastycznie chłodna prasówka - NF 01/2019
Z końcem starego roku przyszło do mnie wiele ciekawych rzeczy: książki, nowe fantastyczne magazyny, jeszcze więcej książek… Naprawdę różne, różności cieszące oko i dusze, a przy tym motywujące mnie do spacerów na pocztę, gdzie panie przyzwyczajone do moich wizyt z miejsca pytają, czy to znów grubsza paczka. Na szczęście nie po wszystko musiałam się fatygować. W skrzynce znalazłam między innymi styczniowy numer Nowej Fantastyki, ale ze względu na okołoświąteczny rozgardiasz, zdążyłam tylko się ucieszyć i odłożyć magazyn na biurko. Wiecie, pierniczki wymagały dużo powierzchni płaskich i jednak trochę bałaganu generowały. Z nowym rokiem jednak się nieco u mnie uspokoiło, a co za tym idzie mogłam się w końcu wziąć za czytanie.
Śnieg na dworze, śnieg na zdjęciu... Zima w pełni.
niedziela, 23 grudnia 2018
Nie taki straszny "Nawiedzony Dom na Wzgórzu"
Wiecie aż za dobrze, że nie lubię się bać. Co zatem mnie skłoniło do sięgnięcia po Nawiedzony Dom na Wzgórzu Shirley Jackson? Zakładam, że wpływ miała na to zwykła, ludzka przekora i chęć stawiania czoła lękom. Choć pewnie zadziałały także informacja na okładce, iż książka ta stanowiła inspirację dla serialu produkcji Netflix. Podejrzewałam, że historia nie może być kiepska, skoro ktoś postanowił zrobić z niej scenariusz a „najsłynniejsza powieść o nawiedzonym domu” mogła okazać się dość przyjemnym dreszczowcem. Dobrze, przyznaję, złapałam się jak głupia na dość proste chwyty marketingowe, ale każdy z nas miewa chwile słabości. Poza tym nic nie zapowiadało tego, na co natrafiłam w trakcie czytania.
niedziela, 9 grudnia 2018
Fantastycznie chłodna prasówka - NF 12/2018
W tym roku zima coś bardzo nieśmiało puka do naszych drzwi. Niby ściśnie mrozem, ale tylko na chwilę i za raz odpuszcza. Co innego sklepy. Te nie dają nam spokoju od października. Ja tymczasem się uchowałam. Nie słyszałam jeszcze „Last Christmas” i pierwszą zamiast reklamy Coca-Coli, ujrzałam tę od Pepsi. Tym samym jakoś wszechobecny, świąteczny nastrój mnie omija. Możliwe, iż przyczyną jest brak śniegu, który tej zimy, przynajmniej w moim regionie, pada jakoś tak niemrawo. Dlatego też, gdy wpadł w moje ręce grudniowy numer Nowej Fantastyki, „Wesołe Święta” poczułam jakby bardziej. Co z tego, że na okładce pyszni się demonicznie pazurzasta łapa w mikołajowym łachmanie? Przecież tematem numeru, jest orszak świątecznych demonów! Zwyczajnie nie mogłam tego nie przeczytać.
Ho! Ho! Ho! Ja bym się ukryła głęboko pod kołdrą na widok takiego Mikołaja.
poniedziałek, 3 grudnia 2018
Dać dziecku zabawkę, czyli uczeń Laytona ratuje dzień!
Jako dziecko ledwo odrosłe od ziemi, pałałam niczym nieuzasadnioną miłością do zagadek i tajemnic. Podejrzewam, że mimo wszystko, stoją za tym twórcy Scooby Doo, bo jak inaczej dziewczę kilkuletnie miałoby to sobie przyswoić. W prostej drodze od psa i “tych wścibskich dzieciaków” pojawił się Sherlock Holmes i Indiana Jones. Jak to połączyłam? Oczywiście zagadkami! Nawet do pewnego momentu roiłam sobie, że praca archeologa polega właśnie na przechodzeniu labiryntów i rozwiązywaniu starożytnych łamigłówek. Tym samym każdy serial czy inna produkcja, w której odkrywano sekrety (i skarby) dawnych kultur, urastały do rangi najchętniej oglądanych. Wówczas to każda gazetka zawierająca w sobie choćby i najmniejszą łamigłówkę musiała być moja. Tylko że zbyt szybko je rozwiązywałam, więc jako zapychacz dziecięcego czasu, były beznadziejne.
Dziś nie będę Was męczyła swoimi niewprawnymi zdjęciami (źródło)
środa, 21 listopada 2018
Trup i usteckie krówki, czyli chyba siostrze książki nie oddam
Jak mogłam wspomnieć raz czy dwa (a może dziesięć) nie jestem jedynaczką. Mam siostrę. Młodszą, choć różnica wieku jest tak mała, że łatwo nazwać nas równolatkami. Aczkolwiek rozbieżności w wyglądzie i w charakterze sprawiają, iż określenie nas mianem rodzeństwa bywa problematyczne. Nie dotyczy to jednak czytania książek. Tu przewrotna natura obdarzyła nas skumulowanym, po obojgu rodzicach, zamiłowaniem do słowa pisanego i jeszcze, jakby tego było mało, podniosła je do kwadratu. Sprawa wygląda tak, że to, jak my kupujemy powieści, przebija wszelkie rodzinne spuścizny. Choć gusta mamy różne i w zasadzie połykamy nieraz skrajnie odmiennie od siebie lektury, to czasem się zdarza, że spodoba nam się ten sam tytuł. Tak było w przypadku Marty Kisiel i "Dożywocia" (i nie tylko), przez co obie stałyśmy się posiadaczkami puszystych "kłólików". Teraz jednak przyszła pora na coś nowego i dla odmiany to siostra mnie zaraziła, pożyczając jedną z cudowniejszych książek jakie ostatnio przeczytałam. Mam tu namyśli kryminał autorstwa Anety Jadowskiej "Trup na plaży i inne sekrety rodzinne".
czwartek, 8 listopada 2018
Fantastycznie chłodna prasówka - NF 11/2018
Witajcie moi drodzy czytelnicy w ten jakże zachrypiały dzień. Tuż przed wyjazdem na Wszystkich Świętych do moich rodzinnych Kielc, byłam niezwykle dumna, że przygotowałam dla Was kolejny wpis. Niesiona falą dobrze wykonanej roboty myślałam, że jak tylko wrócę, wycisnę z siebie następny, zapoczątkowując nową serię recenzji. Nic jednak bardziej mylnego. Przeziębienie, które nawiedza mnie falami od piątku właśnie ze mną wygrało. Oficjalnie straciłam głos. Prawie. Coś tam jestem w stanie wyskrzeczeć, jeśli muszę, ale brzmi to tak komicznie, że staram się nie próbować. Na szczęście do pisania głosu nie potrzebuję, a palce jeszcze ogarniają, które klawisze trzeba wciskać. Tym bardziej, że wciąż czeka na mnie najnowszy numer Nowej Fantastyki. Przeczytany już dawno temu, ale jakoś tak wszystko stawało przeciwko pisaniu recenzji. Dziś, mimo całkiem rozsądnej wymówki, jednak zbieram się do pisania.
środa, 7 listopada 2018
PBF a konkurs, czyli Alarański Kartograf - II edycja
Mogę się mylić, ale chyba niemal każdy członek fandomu miał styczność z RPGami, jeśli nie książkowymi, to przynajmniej komputerowymi. Jak wygląda rozgrywka, każdy wie. Albo spotykamy się z członkami i Mistrzem Gry (my go nazywamy Mrocznym Wodzem) albo odpalamy komputer. Pierwsza opcja wymaga dogrania wolnego popołudnia dla wszystkich członków ekipy, druga znalezienia solidnego wytłumaczenia, dlaczego szóstą godzinę z rzędu wlepiamy oczy w monitor. Można by rzec "Tak źle, tak nie dobrze". Bo zgranie 5-6 osób jednego dnia naprawdę czasem graniczy z cudem, a odpalenie elektronicznego RPGa na pół godziny w ciągu doby mija się z celem. Jakiego questa da się w tym czasie zrobić? Chyba tylko partyjkę Gwinta odpalić. Ale, jeśli podobnie jak ja, żyjecie w niedoczasie, tęsknicie za RPGami, nie boicie się ścian tekstu i sami lubicie pisać, miałabym dla Was rozwiązanie.
Czytajcie dalej. Wkrótce wszystko się wyjaśni (źródło).
środa, 31 października 2018
Byłam paryskim technomagiem, czyli komiksowa gra paragrafowa
Sto lat temu, kiedy młodym dziewczęciem jeszcze będąc robiłam regularne spacery po wszystkich kieleckich bibliotekach i antykwariatach, trafiłam raz na cienką książeczkę wielkości mojej dłoni (a musicie wiedzieć, że Mróz ma dłoń niezwykle mikrego rozmiaru). Po przejrzeniu kilku stron okazało się, iż jest to historia podróży w czasie, by w gorączce Rewolucji Francuskiej odnaleźć zagubiony wówczas skarb. Co ciekawe, nie można jej było czytać w tradycyjny sposób, a w zależności od podjętej decyzji, skakało się po różnych stronach. Oczywiście znalezisko zaintrygowało mnie na tyle, że przeczytałam całe, zapoznając się ze wszystkimi możliwymi rozwiązaniami historii (wspominałam, że nie było to zbyt grube dzieło). Tak o to spotkałam się ze swoją pierwszą powieścią paragrafową - historią, której przebieg zależy od decyzji podjętych przeze mnie w trakcie czytania. Pomysł świetny, tylko ten pierwszy raz trwał zbyt krótko, żeby tak naprawdę się tym zainteresować. Aż do teraz.
środa, 24 października 2018
Gdzie jest Lissy?, czyli o festiwalu krypnej groteski
Wraz z końcem września do wielu bibliofilów dotarła niezwykła oferta pracy. Wydawnictwo WAB ogłosiło, że poszukuje testera książek, za czytanie powieści oferując żywą gotówkę i tydzień w górach. Możecie sobie wyobrazić jak wielką radość wywołało to u wszystkich parających się recenzowaniem. Jestem przekonana, że skrzynka mailowa wydawnictwa zapełniła się wówczas mniej lub bardziej udanymi tekstami niemal od razu. Ze względu na swoje raczej chłodne podejście do rzeczywistości, nie popadłam w huraoptymizm i szczerze mówiąc nie zamierzałam się zgłaszać. Raz, że w natłoku wiadomości moja pewnie by się nie wyróżniła, a dwa, że sama mogę wymienić przynajmniej pięciu recenzentów, którzy w postawionym zadaniu spisaliby się lepiej ode mnie. Ale... I właśnie przez to "ale" siedzę i piszę te słowa. Wystarczyła iskra (w moim przypadku przybrała postać sobotniej rozmowy bladym świtem) i już kupowałam wymaganą do recenzji książkę. Bo tak po prawdzie, co mi szkodzi spróbować.
Takie urocze spojrzenie udało mi się uchwycić
poniedziałek, 15 października 2018
Robota na odsłuchu, czyli o zaletach audiobooków
Jestem bibliofilem a także nałogowym czytaczem książek i to z rodzaju tych, którzy uwielbiają zapach papieru i trzymanie grubego tomiszcza w rękach. Nawet jeśli powieść jest diablo obszerna, potrafię ją zapakować do mojej przepastnej torebki i targać ze sobą (choć przyznaję, że z "Drogą królów" sobie odpuściłam). Po prostu kocham książki. Aczkolwiek, jeśli jadę w trasę i wiem, że jednym tytułem się nie zaspokoję, zabieram swojego "kundelka" z ebookami zgromadzonymi na tę okazję. Sztuczne zwiększanie masy bagażu, przez spakowanie trzech-czterech nie najcieńszych publikacji, jest, moim zdaniem, zwyczajnie bez sensu. Po elektroniczne wydania sięgam również, gdy muszę przyspieszyć tempo czytania, bo jakoś tak się w moim przypadku złożyło, że ebooki czytam dużo szybciej niż książki tradycyjne. Także technologi w żaden sposób nie odrzucam. Powiem więcej, ostatnio zaprzyjaźniłam się z nią jeszcze bardziej, bo zaczęłam korzystać z audiobooków. Szczerze? Jestem zachwycona.
czwartek, 11 października 2018
Fantastycznie chłodna prasówka - NF 10/18
Wraz z powrotem do prowadzenia bloga, wracają tez nieodłączne Chłodne Prasówki, choć chciałabym nieco zmienić ich formę. Ta ułożona i poukładana od deski do deski może i rzeczowa była, ale na dłuższą metę muszę przyznać, że jej pisanie nudziło. A skoro mnie ta monotonia przygnębiała, to co dopiero Was, moich kochanych czytelników. Nie da się ukryć, że wlazła w to jakaś rutyna, która we mnie zabijała radość recenzowania. Fakt łatwo było podążać schematem i jakbym zmęczona nie była, wiedziałam co, gdzie i jak mniej więcej napisać. To było proste i na swój sposób wygodne. Ale dość! Postępującemu marazmowi i szablonowemu działaniu mówimy stanowcze nie! Od dziś kolejność będzie zależna od porywów serca i tego, który tekst wywarł na mnie największe wrażenie, o! I to jest to! Trwaj chwilo, jesteś piękną (a Ty Mrozie odstaw kofeinkę, bo ludzie zaczną dziwnie myśleć o Tobie).
wtorek, 2 października 2018
Powiało chłodem na froncie, czyli wielki mały powrót
Cześć pracy rodacy! Tęskniliście? A może nawet nie zauważyliście braku mej skromnej osoby i tych kilku wpisów miesięcznie, które mniej lub bardziej wpływały na Wasze opinie czytelnicze? Nie wiem, nie wnikam, krócej będę przesłuchiwana. Nie mniej należy Wam się kilka słów wyjaśnienia, a także streszczenie tego, co się u mnie działo (a przynajmniej mi się należy, ponieważ potrzebuję się rozpisać). W każdym razie te trzy-cztery miesiące temu znów zrobił się u mnie gorący okres czytelniczo-recenzencki. Myślałam, że z niego wyjdę, bo nieraz mi się udawało zebrać w sobie i pogonić pracę, ale coś we mnie pękało. Pisanie nie było już taką frajdą, a stało się obowiązkiem, przez co teksty wychodziły mi schematyczne i nieco siermiężne, a prywatne projekty legły w gruzach. podchodziłam do tworzenia tak bardzo negatywnie, że byłam niemożliwie blisko zamknięcia bloga i zrezygnowania z pisania, bo po co? Na szczęście kilka mądrych osób zaleciło przerwę. Przyznałam im rację, bo jednakowoż było mi szkoda przekreślać te lata pracy pod wpływem impulsu.
To jak? Tęskniliście?
środa, 5 września 2018
Wrzesień w Zgubie, czyli "Jesienny bluszcz" na tapecie
Od czasów W moim Mitford czy Domu na Sekwanie uwielbiam opowieści rodzinne. Niestety w fantastyce, poza cudnymi książkami Marty Kisiel, ze świecą szukać nietuzinkowej codzienności, gdzie wyzwaniem stają się zakupy w Tesco i wychowanie dziecka pół-zjawy. Chyba że owo dziecko okaże się wybrańcem, bękartem z na wpół zapomnianej królewskiej krwi, mającym ocalić świat. I fakt, wszystkich uratuje, ale pierożków już nie ugotuje, bo jego ognisko domowe już zawsze będzie nosiło znamiona dysfunkcyjności i braku uzależniającej adrenaliny. Jeśli więc chciałabym poczuć nieco rodzinnego ciepła z pewnością nie sięgnęłabym po książkę fantastyczną. Jest to niewątpliwa wada gatunku, ale nie można mieć wszystkiego. Dlatego też w zeszłym roku niemal rzuciłam się na Sonatę dla Motyla autorstwa Magdaleny Kubasiewicz, o czym mogliście przeczytać na niniejszym blogu. W tym zaś miałam tę przyjemność zapoznać się z kontynuacją książki zatytułowaną Jesienny bluszcz.
wtorek, 7 sierpnia 2018
Jesienny bluszcz - zapowiedź
Jeśli spodobała Wam się historia Julii-Anny Motylskiej z książki "Sonata dla Motyla" Magdaleny Kubasiewicz, to mam dla Was dobrą wiadomość. Już 4 września ukaże się jej kontynuacja zatytułowana "Jesienny bluszcz". Dla przypomnienia, podrzucam Wam link do recenzji Sonaty i krótki opis, który nieco przybliży nam fabułę drugiej części. Na moją opinię również możecie liczyć, więc pozostawajcie czujni.
niedziela, 10 czerwca 2018
Fantastycznie chłodna prasówka - NF 06/2018
Słońce świeci, lato w pełni, nic tylko brać urlopy, odpalać grille i cieszyć się tą niesamowitym klimatem na świeżym powietrzu. Tramwaje zaczynają wonieć własną aurą, w teorii szczęśliwi ludzie defekują gdzie popadnie, bo temperatura nie grozi odmrożeniem narządów, a zewsząd dobiega ryk kosiarek, skutkujący u mnie takim katarem siennym, że żaden makijaż nie wchodzi w grę. Chyba że zamierzam zwiększyć liczebność okolicznych pandarynów, choć jako cosplayerka. Nie żebym nie lubiła lata, ale pocenie się przy wykonywaniu normalnych czynności zakrawa na karę z nieba. Poza tym w takim stanie ciężko się myśli. Człowiek w zasadzie chciałby tylko leżeć w cieniu i rozkoszować się lekturą w połączeniu ze smakiem mrożonej kawy czy herbaty. Jeśli macie czas i dogodną lokacje to zachęcam do rozłożenia się tak z najnowszym numerem Nowej Fantastyki. Jest w nim kilka rzeczy, z którymi naprawdę warto się zapoznać.
Różalskocepcja?
niedziela, 13 maja 2018
Opowieść o wegańskim szopie, czyli Mróz a recenzja kosmetyków
Potrzeba zadbania o siebie jest identyczna u wszystkich kobiet nie wyłączając nerdek czy geeczek. I o ile makijażem, dodatkami czy ubraniami można dać upust swojej fandomowej miłości, o tyle w przypadku kosmetyków do pielęgnacji nie jest już to tak oczywiste (chyba, że mieszkamy w Japonii i lubimy Hello Kitty albo Czarodziejkę z Księżyca. Z resztą tam wszystko jest możliwe). Na Warszawskich targach Fantastyki udało mi się dopchać do stoiska Soap Szop, na którym mój wzrok przyciągnęło małe pudełeczko (jak się potem okazało z mydłem) z napisem Kanadyjski Rosomak. No cóż, niewiele potrzebowałam, żeby skojarzyć tę nazwę z odpowiednim komiksem Marvela i nie uśmiechnąć się, ponieważ spodziewałam się zapachu potu, stali (adamantium) i krwi moich wrogów, dostając w zamian intensywnie leśny, sosnowy aromat. I choć hasło “Vegan, nerdy, awsome” działało na mnie w sposób dość sprzeczny (dostaje alergii konsumenckiej na wszystkie wegańskie artykuły), postanowiłam nabyć mus do ciała o nazwie Yenneffer (zgadnijcie jak mógł pachnieć).
To tylko część kosmetyków, bo Mysza była nimi aż za bardzo zainteresowana.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















